niedziela, 8 listopada 2009

08.11.2009 SAKWA Wyjazd Integracyjny Murowaniec

Krążył słuchy wśród ludu , szumiały o tym liście
Rzeki cicho szemrały , Więc przyszło
Oczywiście

Wyjazd SAKWY , pierwszy taki jaki pamiętam
Pierwszy tak duży , z tak wieloma uczestnikami
A wszystko co pierwsze, wszystko co tak świeże
Zostaje w pamięci najdłużej

Zaczęło się od zebrania w Babilonie , tam to w nielicznym , lecz pełnym pasji gronie
w gronie starych sakwowiczów, w ich umysłach zrodził się ten pomysł
Było ich kilku , pomysł był jeden.
Gab, Kawa, Maju, Tomek - tym to zawdzięczać najwięcej
Wielkie walne zebranie było później . Chętnych do SAKWY aż zanadto . Urodzaje urooodzaje ......szumiały korytarze naszej uczelni . Tu był potencjał , nie można go było zmarnować

5-6.11.2009
Murowaniec.Hala Gąsienicowa , półtorej tysiąca popod stopami. Chmury na wyciągnięcie ręki , gwiazdy migoczą nocami . Tam się zebrali . Zjeżsdżali , bądź to samotnie , bądź parami , bądź też tłumnie ! I już wkraczali w świat Gór . SAKWA - klub Górski , był u siebie . Każdy na SWÓJ sposób kontemplował piękno przyrody Tatr . Padł Kościelec , Żółta Turnia , słychać było opowieści o Karłowiczu, o Zaruskim

7.11.2009
Kondensacja, epicentrum , epogeum , środek , kulminacja ! Murowaniec już od wczesnych godzin popołudniowych zapełniał się gwarem , jedni wracali z wypraw , Kawa wraz ze swą mocną grupą dopiero co wyruszał , Gab, Aga wraz ze mną dopiero co przybyliśmy . Maju witał wszystkich w (swym stylu)* ,
Od samego początku spotkanie było żywe ! Przybyli goście z Hawiarskiej Koliby , przybyli goście z Poznania . Czy to było 45, czy 40 osób , nie wiem , nie dałem rady ich wszystkich zliczyć . Spotkania, opowieści , radość . Jak że by wyrazić inaczej taką wesołą ferajnę ? Strzelały korki szampanów ! Było co świętować , dwóch solenizantów , klub miał swoje święto . Kawa i Maju latali pod sufity , ale za to ........ otwierali dla nas kolejne butelki . Hawiarska ze Żwirkiem i Poziomką na czele , grali bez przerwy piosnki wesołe . Atmosfera była rewelacyjna ! Wielka sala Murowańca zapełniła się , i wciąż wrzała . Nawet skromne parapety były momentami pozajmowane , dla obserwatora. Dla tych co patrzyli z góry. Toasty za Klub, za pomyślność , za młodość , przyjaźń , radość. Za uczucia których w młodej piersi pełno ! Czy to wznosiłem je sam , jako "ten który został wybrany aby służyć klubowi" , czy to inni . I wiele , wiele innych się historii zdarzyło.
Reklamówka z Rossmana , 15 latek , Piękny owczarek - golden , śpiący Tomek z czapeczką kolorową , spagetii wyborne , czy wódka AGHowska krążąca dokoła, albo tańczący Twista na parapecie obserwator. Sami wiecie , którzy byliście !!
"Było nas trzech
W każdym z nas inna krew
Ale jeden przyświecał nam cel
Za kilka lat
Mieć u stóp cały świat
Wszystkiego w brud
Alpagi łyk
I dyskusje po świt
Niecierpliwy w nas ciskał się duch"
Późną nocą szli spać , aby znów móc rano wstać , Aby wyruszyć dalej , w Tatry
Z rana od 8 tłok ! Do łaźni , na jadalni . To znów SAKWA wyrusza ,
Rozchodziliśmy się powoli , ze wspomnieniami . Po śniadaniu , po posiłku może na cały dzień , można było wyruszać . Żegnaliśmy się z tymi co musieli odejść do Zakopanego , co im spieszni było na niziny , reszta szła w górę. Pod patronatem Blelumpa szli na Granaty , Kawowcy szli na Zawrat , a ja .... z doktorem Michną , z Gabem , z Agą , z Góralem -śpiochem , z Tymkiem , i z tymi o których zapomniałem tu napisać ;) szliśmy po porostu nad Czarny Staw. Oddaliśmy hołd Karłowiczowi , przyglądając rodło "niech się dobrze dzieje" , wspominaliśmy Dreag'a , czytaliśmy sobie nawzajem historię Bandrowskich i Hackbeilówny , opowiadaliśmy o lekkomyślności Bronikowskiego , czy o tragedii sióstr Skotnicówien. Wspominaliśmy gen.Zaruskiego podziwiając Kościelec, opowiadaliśmy o ratownikach , o Klimku , Maji Łabunowiczu i Bartku Olszańskim i innych. Była to wycieczka wspomnień
Po powrocie do Murowania i nasza paczka się dzieli , część wyruszą Boczaniem w dół , reszta idzie na Liliowe. Jakaż to był podróż , spokojna, bez śpiechu , tylko dla widoków, dla ciszy i krajobrazu . Szukaliśmy wzrokiem turystów naszych z Granatów . Na próżno . Byliśmy na Liliowym. To była 13.20 . Tam już chwila dla zabawy , dla młodzieńczej zabawy :) Cicha Liptowska z morzem mgieł majestatycznych , Kopy Liptowskie owiewane wiatrem chmur , Krywań spowity we mgle. Później przez Beskid - dwutysięcznik zdobyty , na Kasprowy do "dzwonu" . Aga szarpie energicznie za dzwon , dźwięk uderza Tomka szczególnie boleśnie. Ostatnie zdjęcia na tle Gór . Pora wracać , pora się rozstać. Krótkie spojrzenia. Z Tymkiem , wyruszamy w dół przez Myślenickie, do Goryczkowej . Oni , poszli do Murowańca , a później ............... pewnie Kraków , pewnie jak my wszyscy ......a na pewno jak większość z nas
Było warto , było ,
Wrócimy . SAKWA rozpoczęła , SAKWA pójdzie dalej
KONIEC

czwartek, 20 sierpnia 2009

Grossglockner 3798 część II


Grossglockner część II

Co tu robić ? Ten śpi , tamten coś gotuje , trzeci to znowu się kręci po okolicy . Wyciągam mapę.
W potrzebie najlepszy przyjaciel człowieka , nie pies , nie komputer a właśnie mapa !!
Jest coś ciekawego . Blauewand 2915 . Piękna sprawa , blisko , słońce na niebie wysoko . Czemu by nie? Ekipa nie kryje entuzjazm. Plan godny realizacji . Nawet kierowcy chrapiąc zdają się mówić „BBBbbblllll Aaaaauuuuu eeeeee WWWWaaaaand” Wnet ich budzimy . Wybija 17.00 Jesteśmy po obiadku , poznaliśmy polskich wspinaczy, słuchaliśmy opowieści o Studlgrat.Czas nagli.

Tak więcteraz na lekko , na szczyt Blauewand . Śmieje się że oblegamy Grossa tak po himalajsku , z aklimatyzacją, z rozgrzewką poranną , jedyne co nam brakuje to jakiś Szerpów do transportu bagaży , ale to innym razem. Jest dobrze
Blauewand prezentuje się jako dosyć prosty, połogi szczyt , panorama na Grossglockner jednakże zachwyca nas swoim pięknem. Nie możemy się wprost oderwać od kopuły Grossa , nawet Maju podziwia widoki w milczeniu !! W przeciwnym kierunku ciągnie się natomiast stroma , poszarpana grań ...... dokąd....ku czemu? Też jakiś piękny szczyt...więc może by tak parę metrów?? Dalej ....
Mariusz najwyraźniej podchwycił ideę. Teraz już w dwójkę , śmiało, poprzez mniejsze bądź ciut większe trudności ,odchodzimy spory kawałek grani. Jedno miejsce było syte, zostało w pamięci . Docieramy na ładny delikatnie wywieszony wierzchołek. Daleko od drużyny. Można już wracać , tylko spokojnie , aby bez przygód.

19.00 Piwo leje się strumieniami. Przed każdym z nas stoi kufel piwa. Ku odpoczynku , ku radości
Ha !! Teraz to podejmujemy kluczowe decyzję o jutrzejszym wyjściu. Teraz to trwa decydujące rozdanie ! Stawką jest Gross, stawką jest nasze życie . Po zawiłych debatach dochodzimy do porozumienia . Znamy składy , wiemy jakie liny i ile sprzętu , pozostaje spać , spoglądać w gwiazdy i liczyć na dobrą pogodę.
20.10 Leżymy już w naszych wygodnych tyrolskich łóżeczkach , otuleni puchem śpiworów . Chmur na niebie coraz mniej , nastroje w normie . Jeszcze ktoś coś tam po dopowiada z humorem , stwierdzą że sprzęt zbyt ciężki , że budziki za wcześnie , że za głośno . Naaaagle jakaś senna atmosfera spowija pokój, wszyscy śpią . Niespodziewając się ......... najgorszego(właściwie to najprzyjemniejszego) !!
Budzki : Maju 5.30 Coffe 5.20 Grzesiek Mariusz...też w tych godzinach . Benos........4.50 :PP

15.07.2009r
Nie ma to jak zacząć dzień naprawdę o poranku!! Tak to jest to , budzik dzwoni znaną melodię, blask jutrzenki zagląda przez okna . Ha to jest życie , To jest to !! .....yyyy po kilku sekundach daje się słyszeć jakieś niepokojące odgłosy,hmmmm , czyżby kogoś z towarzyszy coś mogło obudzić bądź zaniepokoić ?
Gdzie tam! Rzeczy już wcześniej posegregowane a więc wciągam kalesony, zakładam bluzę , wręcz już kask zapinam pod szyją ....a Maju,dopiero się budzi!! I jak tu nie stracić werwy!! Nic to ! Biorę sprzęt na siebie, zakładam dodatkowe karabinki , jeszcze z 3 ekspresy , jeszcze tasiemkę i repika.
Jakby nie było, i jakby pozytywnie nie mówić o moich kompanach.....śmieją się ze mnie. Nic to - durnie. I znów słyszę ....”spaść to nie spadnie, sprzęt ma , ale z głodu to umrze” ..... ale co tam "Sprzęt nic nie waży :) "
Nie ma to jak wprowadzać humorystyczny akcent do całego wyjścia ;)
Ale teraz już na poważnie! Jesteśmy gotowi ? Jesteśmy !! Po raz ostatni słyszę trzask zamykanych drzwi od naszego pokoju, jakby nie było drzwi bezzatrzaskowych , ale nie ważne !! Słychać trzask , podłoga skrzypi niespokojnie , powietrze drży , sytuacja jest napięta !! To już ten moment ....dłuuuugo wyczekiwany. Wychodzimy na Grossglockner!

06.06 W notatniku zapisuję słowa : „Wyjście ze schroniska w doskonałych humorach, wszyscy wypoczęci i wyspani” Tak to był fakt !! Pamiątkowe zdjęcia , szpej rytmicznie kołyszę się przy boku, w miarę jak odchodzimy od schroniska . Pniemy się w górę wpierw delikatnymi polami śnieżnymi, przeplatanymi z odcinkami piarżystymi , słońce już purpurą oświetla wierzchołki .Chciało by się zaśpiewać za Ryszardem Rynkowskim „..... pod niebem jest pięknie dziś.......” Widząc jednak skupienie w oczach towarzyszy nadal milczę i tylko w myślach odmawiam słowa modlitwy.

06.29 Wielki kamień pośród lodowca. Szum roztopowych wód. Znów tempo nieco rozgrzewkowe ;) . Ale to i dobrze . Więc trochę odsapnąć , wyrównać puls . Przed nami ściana Grossa. Nasuwa mi się porównanie : Grossglockner jak Świnica ..... Coffe protestuje- ma być inaczej. Racja!! Świnica jest trochę taka jak Grossglockner. Tylko że dużo mniejsza w skali :)

07.00 W środkowych częściach lodowca wiążemy się linami. Zaczyna się robić stromo . Raki na butach, czekany w obwodzie. Maju ku wielkiemu zadowoleniu ogółu przyczynia się do sprawnego powiązania całego zespołu. No spisał się na medal :P Zespoły 3+2
Pierwszy zespół Coffe-Mariusz-Ja . Brygada pościgowa: Grzesiek+ Maju
Pierwsze metry stromizny mijają wręcz zwyczajnie. Idę sobie Idę , niżej Mariusz idzie sobie idzie , jeszcze dalej Coffe. Pościgowa tuż za nami . I nagle , coś się odrywa spada w dół po lodowcu , przelatuje tuż obok Coffe'go , i nagle .... butelka z wodą ląduje w rękach Maja. Po prostu wypadła mi z plecaka. Maju grozi palcem że już dziś picia nie dostanę. Eeeeee, ja mu dam , zaraz na niego zrzucę coś większego jak tam, tak będzie wymachiwał !!
W końcu docieramy do grani bocznej wiodącej do schroniska Erzherzog-Johann-Hütte . Tutaj napotykamy ferraty, łańcuchy zabezpieczające przed odpadnięciem.Dygresja : Zanim się tu jeszcze znalazłem , jeszcze w Kościelisku czytając na sucho opis trasy...przyznam że przeszył mnie lekki dreszczyk gdy czytałem o rzekomych trudnościach tego miejsca. Może i, ..... my jednak przechodzimy odcinek grani naprawdę bez problemowo . A chwilę wcześniej : „Mariusz, uważaj lód jest śliski” ......hmmm nie był to najtrafniejszy komentarz z mojej strony . No nic .... kolejną łatkę mi przykleją koledzy do pleców :/

08.36 Jesteśmy przed schroniskiem Erzherzog-Johann-Hütte . Spotykamy naszą blondwłosą rodaczkę . Ta młoda turystka pierwszy raz weszła wyżej niż...... na Turbacz!! Rzeczywiście ....przeskok znaczący . Jej kompani poszli już wcześniej na szczyt. Ona jednak została w schronisku. Robimy sobie więc i z nią zdjęcia, a następnie już w promieniach ostrego słońca siadamy na werandzie schronu, spoglądając w stronę lodowca Pasterzy i przede wszystkim debatując nad dalszą częścią wyprawy.
Nie wiadomo czemu nagle wybucha bunt !! Mariusz i Grzesiek dowiadują się o moim niskim wieku(a to przecież było prawie już 21) . Maju podgrzewa nerwową atmosferę ! Małolat nie może iść pierwszy , nie słuchamy go !! No cóż :/ ....trzeba to zakończyć . Trafną uwagą zmieniam temat. Wracamy do normalności . Maju coś jeszcze przyklnie pod nosem . Nawet na 3400!! Nawet tutaj !! Tymczasem wyruszamy dalej.

Ahhh , i jakby tu nie zachwycać się nad pięknem stworzenia widząc kopułę szczytową Klaineglocknera !! Szeroki wpierw grzbiet , robi się coraz to stromszy , wchodzi jęzorem lodowcowym w grań , tam zwężając się dochodzi do przełęczy , dalej to już tylko graniówka , na szczyt. Widzimy to i serca biją szybciej . Spotykamy jeszcze źródełko, łyk zimnej wody , i jeszcze trochę wody na twarz . Słońce grzeję w plecy. Jesteśmy w miejscu niekorzystnej ekspozycji. Wydaje się nam przez chwilę że to +30 stopni. Promienie słońca odbijają się od lodu. Nasz zespół wybrał opcję „na wprost” dochodzimy do przełęczy najszybszą trasą , bynajmniej tą najbardziej stromą . Grzesiek i Maju idą zakosami.....zresztą tak jak prowadzi trasa. Przed przełęczą jesteśmy bardzo zmęczeni. Zastanawiam się czy to wysokość tak na mnie działa czy może słońce? Nogi coraz głębiej zapadają się w mokry już śnieg. Ku naszej wielkiej radości przed przełęczą napotykamy ściankę skalną , po której spływają stróżki zimnej wody . Przykładamy usta do ściany . Taka woda .....jak nigdzie !!

Nad przełęczą spotykamy kilka zespołów, część z osób zjeżdża , część schodzi po prostu , kilka lin miesza się ze sobą .Ludzie starają się wyminąć. Hmmmm bałagan . Przepuszczamy schodzących .... i dalej w górę się pniemy . Teren był stromszy , zamiast śniegu lekko przytopiony lód, i dodatkowo ekspozycja. Widoki nieziemskie . Lodowiec migocze refleksami słońca daleko pod naszymi stopami, morze wierzchołków już także znajduje się pod nami. Pierwsze chmury pojawiają się nad odległymi szczytami . To są Alpy ! Wszędzie wkoło Góry. Sprawie zdobywamy wysokość . Asekuracja wygląda następująco: W podłoże wbite są stalowe pręty , co kilkadziesiąt metrów. Idziesz , zakładasz pentelkę , i dalej . Tak więc w razie odpadnięcia .... to do pentelki i jeszcze te kilka metrów liny niżej , nigdzie dalej. Przewijając się w pośrodku grani docieramy na wierzchołek Klaineglocknera.To już ponad 3700 m.n.p.m Widzimy nasz cel już w całej krasie . Teraz słynna przełęcz Obere Glocknerscharte i będziemy świętować sukces !
Tymczasem Coffe i Mariusz pozują do zdjęć z „czekanem w głowie”
Drugiego zespołu nie widać .Chmury podchodzą coraz wyżej , gdzieś w oddali wierzchołki zachodzą za mgłę . Pod nami słynna 600-metrowa rynna Pallavicini'ego . Czy to już koniec trudności ? A co ze szpejem który tak dzielnie wisiał cały czas u mego boku? Skalista ścianka po drugiej stronie przełęczy wzbudza nasze zainteresowanie. To tamtędy ? Przejdziemy.....zobaczymy . Jest , jest przygoda

koniec części II

wtorek, 21 lipca 2009

Grossglockner 3798 część I


Część I

Grossglockner 3798

Gdy spokojnie siedzisz i patrzysz w niebo , widzisz błękit ponad oczyma
Gdy obrócisz głową , spojrzysz za siebie widzisz świat wirujący wokół
Ta energia , ten wir nie pozwala siedzieć bezczynnie w miejscu i patrzeć
i nie błękit , nie spokój - ale przygoda , ta właśnie napędza
i Miłość do Gór, w których mnie Boże stworzyłeś

Historia życia , największa - myślę że powiedzieć nie mogę , jedna całość , jedno życie
Ale wydarzenia , są wielkie i małe . Gross - znaczy duży. Jedne z najpiękniejszych dni , bliskie temu co kocham , i bliskie Ojca .

SAKWA nasza wspaniała , klub nasz Górski AGH-owski , to u nich się zaczęło . Byli ludzie z ideą i pomysłem, cele były różne . Chcemy jechać w Góry Wysokie. SAKWA żyje , kiedy ludzie tworzą pomysły. Ten to chyba pierwsze od Maja słyszałem , z jeszcze większą siła mówił Coffe , czy słuchałem już tego ? Czy wtedy jeszcze tylko słyszałem to co mówili ?
Mijał czas , ostatnie zebranie w klubu 2008/2009 coraz głośniej , burzył już temat Grossglocknera
Po spotkaniu rozmowa z Coffem. -”Jedziecie?” , „Tak jedziemy” „Kawa , wiesz co , pamiętaj o mnie, ja tam chcę być”
Właśnie Mateusz był tą siłą napędową wyjazdu , niczym te jego wspaniałe elektrownie z Jaworzna produkujące prąd, tak Kawa tworzył wyjazd. Załatwiał ludzi , konkretyzował plany , mówił co i jak , on jeszcze na kilka dni przed wyjazdem telefonował że nie jedziemy , że nie ma samochodu .A następnie po kilku godzinach radośnie oświadczał że znalazł coś !! To jest gość , szef wyjazdu , bez dwóch zdań

Środa 8.07.2009r
Wczesne godziny poranne . Podjeżdżam moją „zieloną błyskawicą” pod Nosal . Wizyta u szefowej, załatwiona przez telefon. -”Kasiu, mam prośbę , czy dała byś mi kilka dni urlopu, Grossglockner......” I pomimo że niejako dzień wcześniej z „urlopu” wróciłem . Tak moja szefowa się zgodziła. Bardzo prosto , bez żadnych problemów , ale od tej decyzji wiele zależało , naprawdę!! Tak więc po pierwsze podziękowania już na samym początku dla firmy STRAMA , za ten urlop , i tym samym za furtkę ku realizacji marzeń :)

Poniedziałek 13.07.2009r
Od rana czuć coś w powietrzu . Śpię niespokojnie . Rano zrywam się z łóżka . Głowa do góry - okno - Giewont . Jest słońce :) . Laptop - kamera internetowa Kals am Grossglockner - jest mało chmur . Serce od rana bije dwa razy szybciej !! Tak, to dziś wyjazd
Matuś od rana kręci się po kuchni ,ponagla mnie w przygotowaniach, co chwilę słyszę tylko pytania „A może jeszcze by tak jedną kanapeczkę , a czy wolisz dwie z szynką , czy może z sałatką i serem” Tak, to cała Mama , o wszystko chcę zadbać , a nawet jeszcze ponad to !! „-Mamo , jak wolisz , ale wiesz że Ty będziesz tam ze mną na ten szczyt wchodzić, cały czas w mej głowie”
Pora na zakupy, wyjazd do Zakopanego . Biedronka - niskie ceny; konserwy,ciasteczka,tuńczyk w puszce, czekoladka . Odwiedziny u pana Tadka w Extreme-Sporcie , w HighMountainie ostatnie rzeczy , nasadki na kijki ,okulary lodowcowe. OK . Mam wszystko .
Jest 15.30 Skontaktowałem się z Grześkiem , naszym szoferem, darczyńcą samochodu i uczestnikiem wyprawy. „- O której jedziemy?” „-17.00 Nowy Targ dworzec” „-Czym” „-AlfaRomeo 156”
ooook , będzie Luxusowo :D :D
15.55 - plecak się nie zamyka , śpiwór na zewnątrz , jedzenie jeszcze nie włożone , buty w reklamówce podwiązane trokami do plecaka , karabinki stabilizujące wszystko , kijki , czekan , kask do tego . Ehhhh dramat !! Chyba z 30 kilo wagi , 40 litrowy plecak - nie do końca dobry pomysł, ale .... już spakowany to dajemy . Lecz wpierw niezdarnie , z mozołem , na plecy
-O kurka !! Tego się nie da nieść, I z tym mam wyjść na 2800?? Niemożliwe!!
Jednak już po kilku krokach wraca wiara . -Może nie jest tak źle ??. W końcu po schodach już z nim zszedłem :)
16.05 Kuba Karpiel dzwoni. „-Benos , przecież miałeś być pod piekarnią 10 minut temu, jak Ty chcesz zdążyć w NT na 17.00” „-Dobra,dobra , już jadę”
Wyjazd urasta do sprawy ogólnorodzinnej ! Tu chyba wszyscy za mnie mocno kciuki trzymają i pomagają jak mogą!!
Jakub pomaga mi wrzucić plecak do swojego Fiata Pandy, odwiedzamy stację Łukoil , przekonuje Kubę że ma ostatnią szansę jeszcze jechać z nami , że jak się szybko spakuję to zdąży......
Niestety bez skutecznie . W NT jesteśmy na czas , wypakunek , krótkie spojrzenie, wymiana uścisków. „-Powodzenia”

17.00 Jest Grzesiek , to co widzę mnie przeraża !! Auto sportowe na Maxa , z tyłu spoiler . Niskie to i małe ..... o łeeee!! I ma tu być 5 osób wraz ze sprzętem ? Niemożliwe . Pojedziemy tam tą Alfa Romeo ale chyba z przyczepką !!
Póki co jednak nie zdradzając swych obaw, witam się z Grześkiem , plecak ląduje na tylnym siedzeniu. Ruszamy do Krakowa. Droga mija niezwykle szybko, rozmowy o Górach, o sporcie , o bieganiu, wspinaniu.
Nim się orientuję jesteśmy w Krk na Prokocimiu. Wsiada kuzyn Grześka - Mariusz . Jeszcze tylko wpadamy do niego na mieszkanie. Chłopaki przepakowują plecaki, a właściwie dopiero zaczynają je pakować. Jedna rzecz, druga, trzecia , dziesiąta ...... Ojjj Niewierze żeby wszystko wzięli co trzeba , za szybko to coś , będą jaja!! Póki co jednak udaje się nam trzy plecaki władować już do bagażnika. Zdziwiony jestem widząc jak Grzesiek sprytnie układa to w bagażniku . Niby to i Sedan , ale kto by pomyślał .....aż tu naglę pod akademikiem Olimp kolejne cuda. W bagażniku jest 5 wielkich ponad 40litrowych plecaków , kilkanaście wydawałoby się kijków , czekany, i kto wie co jeszcze !! Jak to się zmieściło ...to już bardziej brutalna historia . Trzeba było to Majem upychać :)
Ekipa w komplecie. Kierowcy Grzesiek i Mariusz . A my ? Tylne siedzenie , jak sardynki , aaale ......ale za to jedziemy na Grossa!!

14.07.2008
Noc była ciężka , nawet bardzo . Gdy po przebudzeniu gdzieś na autostradzie na Słowacji zacząłem śpiewać piosenki wszyscy myśleli że to już koniec !! Ponoć nawet lepsze byłe te dziury w Zwardoniu i niekończące się zwężenia , pasy 3 kilometrowe autostrad kończące się w szczerym polu jakie spotykaliśmy przy granicy ze Słowacją . Tak mówią chłopaki ....eeeeee , ale ja w to nie wierzę ! Nie ma to jak dobry śpiew nad ranem. Kawa już narzeka na brak kominów z Jaworzna , Maju coś tam klnie pod nosem , kierowcy wymyślają „skróty” przez Wr.Neustad . To jest to !!
Jest podróż . Około 5.40 wysiadamy na parkingu w pod Graz'em , ojjj ale przykry widok . I to mają być przyszli zdobywcy ? Chłopy - wyglądamy masakryczne !!
Kilka godzin później na stacji benzynowej niedaleko miejscowości Spittel czyli po prostu przeżywam pierwszy ..... kontakt z językiem niemieckim . Ahh jak to dobrze zaczerpnąć świeżego słownictwa niemieckiego...rodem z podstawówki . Kończy się to na Guten Morgen Wer ist ...... yyyy So , Where is WC ?? Please tell me . Stanowczo .... English English , niemiecki w wyjątkowych sytuacjach :)
9.30 Znajdujemy się ..... w Alpach . Wysokie Taury . Kilkanaście minut temu przekroczyliśmy szlaban na Glockner Strasse . Dolina Kals zostaję pod nami , AlfaRomeo ugina się na zakrętach , bagażnik dochodzi do nadkoli. Kierowcy - dają radę, niczym w tym dowcipie o Familiadzie ;)
W radiu znów gra ta sama piosenka Techno ...całą noc , całą noc techno . Ale nie narzekam , gdzie by tam !! Żebyś sobie Grzesiek nie pomyślał , że mi się nie podobało :P

Ale wracając......parking Lucknerhaus 1918 m.n.p.m Oooo to my już przecież na Giewoncie jesteśmy wysokością !! Nie ma to jak wysoki start :PP Jak dobrze rozprostować nogi , woda, powietrze , i tam .... w oddali , piramida, ostra, kanciasta, płaty śniegu , lodowiec
Tak !! To jest Grossglockner - najwyższy szczyt Austri. I czy my tam będziemy ? Wtedy takie pytania też krążą po głowie .... czy puści ? Pogoda , zmęczenie , może sprzęt , a może choroba ?
Tyle niewiadomych......ale cel jeden . Wejść na szczyt

10.30 kończymy malowanki po twarzy kremem z filtrem 40 UV , jeszcze łyczek wody , cukierek do ust ....ha !! i super zdjęcie eksploratorów !! musi być !! a jak że by inaczej !! Maju coś tam klnie pod nosem . Maju to Maju ...phhhhh
Idziemy w górę , pierwsze kroki , plecak waży dużo .... kask rytmicznie odbija się od klapy, czekan czasem zazgrzypi. Była jeszcze powrótka do auta ... po soczewki kontaktowe i po płyn do nich .... jakby to powiedzieć „Soczewki Hu***” (pamiątka z Juwenaliów Krakowskich) . Widzimy 2,5 km krowy o których informowały nas znaki przydrożne . Z notatnika wynika że o 10.40....pierwsza 2,5km przekroczyła nam drogę !! Eż te krowy , a nie mówiłem?
Ale cóż to , wyścig jakiś? Tatrzański Bieg pod Górę ? Wszyscy podkręcają tempa , uffff , ale grzeją pod górę . Upał z nieba , kurz na ziemi . Chłopy przyspieszają ..... idę pierwszy :PP
Są tuż za mną ..... nie nie .... to jeszcze szybciej .

11.30
Schronisko 2234 m.n.p.m. Bez sił, mokro mi , pot wszędzie . Krem spłynął po twarzy , oczy pieką od soli , biała maź spływa po rękach. Patrzymy po sobie ..... źle , źle wyglądamy . Ale o co chodzi ?? Kto narzucił takie tępo ? „-Maju !!” To moje zdanie , on pierwszy ruszył .... „-Ale to Ty grzałeś do przodu jak szalony” .....mówią inni..... no prawda ...ale mówiłem Wam, że jak coś to pójdę do przodu i będę robił zdjęcia .....
W każdym razi się niezrozumieliśmy. Po niespełna godzinie marszu zrobiliśmy jedną trzecią wysokości ... i jesteśmy wypruci do reszty . No mówi się trudno.... i idzie dalej :PP
Teraz już w swoim tempie , mijamy kaskady rzeczki dol. Kodnitztal , wspinamy się po morenie . Spotykamy Austriaków , Gruss Gott - (pochwalony Jezus Chrystus) w wolnym tłumaczeniu ....daje się słyszeć co chwilę . Stary Tyrolski zwyczaj .... Alpy Austriackie to inna kultura, to inni ludzie . Szacunek dla miejsca, brak śmieci , brak koszy na śmieci , wszystko ze sobą . Przyroda bez zmian ...kiedyś w prawdzie zlikwidowano wszelkie niedźwiedzie i wilki ....ale przynajmniej jak dla nas to ideał !! Kultura pełna. I tylko Maju coś tam klnie pod nosem ;)

13.10 druga przerwa i zarazem pierwszy tuńczyk pada moją ofiarą !! Smak nieporównywalny , ale jeszcze nie kulminacyjny ;) Zdjęcia , pogaduszki z Niemcami . Wkońcu wyłania się cała czwóreczka .....zarzucają mi alienowanie się od teamu , że za szybko. Hmmmm

W górę pną się stromo zakosy ścieżki , widać płaty lodu porzechodzone przez turystów, wodospady spływają co kilkaset metrów. Czeka nas jeszcze z jakieś dwie godziny marszu . Po raz kolejny utwierdzamy się w przekonaniu że do Studlhutte na 2802 to jeszcze kawał drogi ....
Tymczasem Kawa, Klusek(Mariusz) i Grzesiek wyszli na kilkaset metrów do przodu. Hmmm lustruję wzrokiem zakosy, płaty śnieżne ....nie ma ich ??
Jakaś buda po lewej , stacja przeładunkowa kolejki do Studl'a , tablica koło niej
A .... popatrzę co piszą. Hmmmmm :/ Hmmmmm :/
To Studlhutte ......eeeee za szybko beznadzieja . W tym momencie czuje się na nie do końca napompowany balon..... już moje myśli byłe za kolejnymi zakosami .....dlaczego ?? dlaczego to już tu ?
Po kilku minutach dochodzi Maju

Godzina 13.30 jest cały skład !! Studl stoi przed nami . Wraz z Kawa wyruszam na misję specjalną
Zameldować nas , recepcja pani Silwana , elegancka Tyrolka wita nas uśmiechem i wypytuję o pobyt . „-Ja Ja Richtig Richtig Schon , Ja Ja , Das ist klar” Po kilkuminutowej wymianie zdań wiemy na czym stoimy .....bez legitymacji taternickich nie ma zniżek . A więc po 20Euro za noc ..... no tak niby miało być. Zgoda . Zbieramy kasę od chłopaków . Silvana znów się uśmiecha. Coffe chyba już tylko dla dobrego stylu komplementuje po niemiecku panią recepcjonistkę i szczerzy do niej zęby. No .... nie ukrywajmy że i ja staram się być miły :) Daje banknot 100euro . Czy może coś podpisać , wyciągam rękę po długopis......Silvana oddaje 50Euro . Yyyyy , aleeee o cooo chodz..... ciiiiisza , i jutro też do mnie przyjdźcie :) No Kawa !! Załatwiłeś ......

Studllhutte jest piękne !! Czysto , schludnie , prawie jak nowe , żadnych napisów na ścianach , toalety , kapcie wełniane , .... nie wiem .... nie wiem jak zachwalać jeszcze to miejsce......Żeby to u nas tak było , oj żeby to!! Kierowcy, niczym te susły już śpią , Maju narzeka na odciski , w końcu dreptał tu w skorupach!! Skarpy na -20stopni ..... teraz się za to przegrzał . Szybciutki posiłek. Woda ....z pluszem !! No a jak , i jeszcze inne pastylki. Jest iście styl alpejski . Podczas jedne z rozmów pada nasz ulubiony tekst wyjazdu. Chłopy słysząc o moich planach na jutro , o sprzęcie , o ekwipunku , o stylu oblegania góry ..... Ktoś mówi „Ale sprzęt nic nie waży,duża ilość sprzętu - to na pewno nie spadnie, ale za to umrze z głodu” A potem ktoś dorzuca ....”- Władek....za dużo masz energii??, to idź sobie jeszcze raz obiegnij morenę dookoła” ;)

Koniec części I

środa, 17 czerwca 2009

11.06.2009r Jaskinia Kryspinowska


Jaskinia Kryspinowska 11.Jaskinia Kryspinowska 11.06.2009r Przerwa w sesji , wyjazd do jaskini Kryspinowskiej. Działalność wyjątkowo klubowa !! Bo wszyscy to byli Nasi :D :D Wpierw w planach była J.Twardowskiego, ale że nasz Maju ma swą tajemną siłę przekonywania , to nie mogło być inaczej.Zmiana planów Zgoda ?? No to zgoda ! Idziemy do Kryspinowskiej. A teraz może o mnie jako o grotołazie... Niebezpieczna rzecz , mało doświadczenia ....duże gabaryty . Czyli nic dobrego !! Więc nie dość że mogę pomylić korytarze i wleść w złą dziurę ...to z powodu rozmiarów z łatwością już tam utknę , a technicznie się uwalniając ugrzęznę jeszcze bardziej. Hmmm ale coż , może nie będzie źle. No nie ?? Prawda no przecie ... żem chłop zwinny. W każdym razie stanowię cześć ekipy :D:D Maju, Bartek, Kućiu i Ja . Wyjeżdżamy z KrK około 11. Maju spóźniony ...... czemu ?? I tu powinna się zacząć osobna historia o jego osobie!! W każdym razie autobus zatrzymuje dosłownie w biegu , po czym chwiejnym krokiem dociera do kierowcy i z wielkim przekonaniem mówi : „strrreefowy proszę”. Maju !! Coś Ty zrobił ?? -A nic chłopaki , złapałem wczoraj „smaka” ........ i skończyłem nad ranem. W Kryspinowie upał jak rzadko, (chyba) leje się żar z nieba, spotykamy więc Kucia. Otwór jaskini znajduję się za domostwami , ogrodzony pięknym płotem z wielce uspokajającą tabliczką : jaskinia udostępniona do ruchu turystycznego ! Około 12.00 wkraczamy w jej czeluści ! Niczym kowboje na dzikim zachodzie ...a więc w samo południe. Idę pierwszy, jak coś to będą mnie wyciągać za nogi ;) Po zejściu „popod drzewka” dochodzę do komory wstępnej.Pierwszy kontakt z brudną ziemią , robale chodzące tu i tam. Hmmm a może wracamy?? Nie werbalizuję jednak moich myśli,koledzy już tu są. Okazuje się że zostawiamy plecaki. Skoro szef tak mówi .... zostawmy. W ten sposób jesteśmy gotowi do właściwej penetracji jaskini. Dalej idę pierwszy, małe zwężenie,ostry zakręt, zagłębienie ...STOP -Yyyy, panowie. A może jednak bym zostawił telefon w plecaku ... mówię niepewnym głosem. Śmiech. -Benos, a co Ty tam chcesz do mamy dzwonić ?? Telefon powraca do komory wstępnej. To była chyba moja najlepsza decyzja tego dnia! W kieszeni pozostaje tylko czekolada , kompas i mapa :) Czekolada - to tak jakby trzeba było koczować cztery dni w oczekiwaniu na Jurajską GOPR Po przejściu kilkunastu metrów docieram na skraj przepaści !! A już co najmniej dużych rozmiarów uskoku. Mam pod sobą trzy metrowy komin , otoczony gładkimi ścianami . Jestem przygotowany na najgorsze, lecz schodzę w dół. Z sukcesem :) Koledzy pokonują go sprawniej..... nie dziwota zresztą . Przecie się uczę dopiero :D:D . Jesteśmy w wielkiej sali. Z niej rozpościera się wspaniały widok na otaczające korytarze. Ale nie nie , zmiana kierownika . -Maju idź pierwszy !! Ja już swoje zrobiłem. Zajmę się zabezpieczeniem tyłów.Ruszamy w długi korytarz, wąski, ciasny, kręty. Pierwsze zetknięcie z jaskinią na poważnie , manewrując swymi długimi nogami które nie zawsze chętnie zwijają się jak powinny , rozmyślam o wolności. Wolności jaką dała by mi teraz wolna nieograniczona niczym przestrzeń. Ale cóż ... jeszcze ktoś dorzuca „Klaustrofobii nie macie??” -Nie no skądże. Odpowiadam w myśli . Ehhh, jakieś rozwidlenie, kolejny korytarz,jeziorko jakieś w dole. Pięknie no! Pięknie jest ! Ciasno ale pięknie. Nie da się opisać. Tymczasem jednak zreaktywowałem swe siły.-Maju szeryfie ! Zmiana. Z pobieżnych ustaleń wynika że wiemy gdzie jesteśmy. To jest jakiś kanion podziemny ! Dwie płaskie płyty i szeroka dziura , albo jeziorko, albo zabłądziliśmy.Wybieram płyty. Wsuwam się ruchem dżownicy. Nogi zwisają w powietrzu , niżejjj....niżej.... jest kamień , w końcu opieram się o skały , wysuwam głowę .Światło pada na ciemą salę . Okazuję się że stoję pośród uroczego jeziorka podziemnego. Światło czołówki tworzy uroczą atmosferę. Jest se niezła komora! Koledzy docierają do mnie. -Bartek Jak Ci się podoba chodzenie po jaskiniach? -Jest spoko, kiedy następna? . Jak widzicie entuzjazm w grupie całkowity. Docieramy do punktu w którym się rozdzielamy. Cztery korytarze, idziemy w trzech. Maju znika pierwszy. Kuciu idzie na wprost . Ja się wspinam na półkę i tam siedzę . Bartek buduje dla Maja tamę całkowicie zastawiając jego korytarz. Kućiu był w ślepej uliczce. Maja nie słychać ani nie odpowiada. Starając się zachować spokój zapraszam kolegów aby poszli więc moim korytarzem. Przynajmniej nie zgubie się sam . W nasz zespół wkrada się atmosfera grozy! Maju się zgubił :( :( Tymczasem nasza trójka dociera do znanej nam komory z jeziorkiem. Co robimy ?? Akcja poszukiwawcza czy już Jurajska ?? Ruszamy w akcję poszukiwawczą. Wylot komory Maja dalej zagruzowany ...czyli jeszcze nie wyszedł. Nie wiadomo czemu koledzy decydują żebym wyruszył pierwszy w jego ślady. Hmmmm pewnie chcą i mnie zgubić! Co za łotry ! Jednakże na moje szczęście po przejściu kilku ciasnych skrętów udaje mi się usłyszeć Maja !! -Maju zgubiłeś się !! -Nie to wy się zgubiliście , chodźcie tu szybko bo jest tu kilka ciekawych problemów technicznych do rozwiązani . Wiesz co ...dzięki. Próbujemy wraz z Bartkiem zawrócić w tym korytarzu,nie jest to prosta sztuka.O mało co nie wybijając Bartkowi zębów butem wychodzę do większej komory. Jedynym który poszedł w ślady Maja był Kuć. ......... szło się szło , i szło , jeszcze było jeziorko, było miło , docieramy do Wielkiej Sali. Tej gdzie zaczynaliśmy. Mamy tam zapasy wody pitnej. Sala jest dwu poziomowa.W końcu czuję się jak u siebie. Wspinam się szybciutko na wyższy poziom. Ale nie ma tam nic ciekawego. Maju nie chcę iść więc dam sobie spokój. Jego trzeba wysyłać do niezbadanych korytarzy.Ja jestem na to za stary ;) Bartek z Kuciem przyglądają się okazom wapienia poprzetykanego konkrecjami krzemionkowymi. Zauważają ślady jakiś organizmów, badają struktury naciekowe. To są geolodzy! Maju gubi mapę w stawie, po czym zanurzając się w nim ją odzyskuje. Jest poświęcenie ! My są kowboje!! Z mapy wynika że jest jeszcze jedna ciekwa partia jaskini. Docieramy nad srkaj najgłębszego jeziora. W jednym z kominów krasowych całkowicie zalanych wodą odmierzamy poziom: 2 metry! Sala jest w większości zlana wodą . Ledwo mieścimy się w niej w 2 osoby. Zapada decyzja: zdjąć buty i wpław. Nie ma jedności w grupie. Maju przechodzi jezioro i idzie dalej. Kuciu przechodzi do połowy, wchodzi pionowym kominem,przeciska się ciasnym tunelem i też jest na drugim brzegu. Bartek ciesząc się z faktu że brzeg jeziora opustoszał, pozostaje na nim. Ja docieram wpierw na drugą stronę,ale że mi smutno tam i mokro w "......" bo ją niechcący zmoczyłem podczas przejścia , zawracam. Wchodzę na boso kominkiem i tam ugrzązam. Czas płynie . Dwa warioki poszły dalej. Bartek odpoczywa na brzegu. Ja tymczasem spędzając miłe chwilę w rozkroku,ponad taflą wody....decyduje się na powrót. Wracamy wraz z Bartkiem znaną nam trasą. Po kilku minutach jesteśmy w Wielkiej Sali. Mamy już chyba dość na dziś. Jeszcze tylko chwytam czekoladę zostawioną na jednym z głazów.Czekolada przypomina już jakiś kataklazyt!! Jest taka MARNA że szok!! Zmiażdżona , zeszczątkowana, aż szkoda! ...."I pamiętaj grotołazie młody, do jaskini nie bierz czekolady..." :D :D Z Wielkiej Sali już niedaleko na powierzchnie. Komin wstępny , sala z plecakami. Nie oglądam się już wstecz, chcę na powierzchnię. Jest !! Zaczyna padać deszcz. Bartek wychodzi.Otwieram czekoladę. Kataklazyt w całej okazałości, ale smakuje wybornie !! Maju i Kuciu docierają po kilku minutach . Deszcz się wzmaga . Jest godzina 16. Brudni, Brudni , Zmęczeni , Brudni dochodzimy do przystanku pks, autobus , Kraków. Koniec wyprawy. Pięknie !! ThX !! Było ekstra git !! Maju niemożliwy - w takim „stanie” takie rzeczy , Bartek i Kuciu w niczym nie odstawali Podsekcja grotołazów SAKWY zachęca do dalszych działań :)

czwartek, 28 maja 2009

29.05.2009r Bolechowicka - Zamarła Turnia

Późno popołudniowy wyjazd skałkowy - relacja

Na sucho: trzech młodych wspinaczy w tym samym celu. Wspin. Dla jednego z nich to właśnie jedna z fazy treningu w kierunku osiągania nie bagatelnych wyników. Dla pozostałych: rozwspin na zastane palce. Tak tak , dla mnie to był rozwspin na zastane palce ....od 3 tygodni przeszło

Krzysiek, Mateusz , Władysław o 15.40 docierają pod bramę ogrodu. W ogrodzie tym kwiaty  przepiękne. Bramą- Bolechowicka Brama , kwiatami - same skały

Krzysiek zostaje naszym przewodnikiem. Znał dobrze te tereny i posiadał magiczną księgę prawdy - czyli przewodnik wspinaczkowy . Lądujemy na Zamarłej Turni.Poczym wszyscy stwierdzamy.... że to przecież tak tatrzańsko brzmi.

Na początek „Zamarła Wprost” IV , podczas wejścia osadzamy dwie kości, które nie bez powodu znalazły się dziś w naszej szpejarce :) Moja pierwsza myśl po skończeniu drogi : „Aż miałem czas sobie pomyśleć..........” , po prostu przyjemna. O czym pomyśleć ? To już pytanie do tych co się wspinają, o czym się myśli wtedy jak można , wtedy jak się jest w skale.

Krzysiek wzrasta w trudności. Jego dorobkiem pada „Rysa Myszkowskiego” VI.1+

Myślę sobie : „OOO tak , też się tego podejmę- później” Jak się okaże „później” jest nadal aktualne :) Coffe wstawia się do „Prawej Zamarłej” 6+ , bez problemów pokonuje 3/4 drogi docierając do efektownego przewinięcia. Tam, po krótkim odpoczynku, spowodowanym zapewne potrzebą zawiązania buta lub po porstu podziwiania widoków , przechodzi kluczowe miejsce drogi.

Nie muszę mówić że miałem już w tym momencie sprawę prostą. Ekspresy dyndają w ringach , ścieżka przetarta i odkurzona. Przechodzę tę drogę, nie bez problemów jednak.

Krzysiek, który dogłębnie lustrował okoliczne ściany podejmuję ciężką decyzję : VI 3+/4 „Dusiciel Centaurów” To jest fakt, Krzysiek idzie na maxa , wysila się wielce próbując chwytać i trzymać tego co nie ma. I stawać tam gdzie jest płasko. W końcu odnajduję sekwencję. Przechodzi drogę. Jego entuzjazm przesłania wszystko. Nie wiem już ile zajęło mi stanie pod ścianą ,asekuracja i „blokowanie” Krzychowi , ale teraz nie to jest najważniejsze, udało się !!

Krzysiek udaje się na zasłużony odpoczynek. Coffe i ja udajemy się pod kolejną dróżkę „Filar Szymona”. Tymczasem jednak niebo zaczyna się ściemniać , zapowiada się .... chociaż nie zapowiada się na nic . Koledzy twierdzą : „przejdzie bokiem”, „nic nie będzie” .... i takie tam W ogóle zapomnijmy o tym

Wchodzę w filar . Jak to zawsze Krzysiek powtarza : „Filary to twoje ulubione drogi” . Hmmmm co o tym myślę ? .... No skoro on tak mówi, to może i rzeczywiście są to moje ulubione drogi . Mateusz asekuruje mnie. I fakt 3/4 :D :D drogi to się mój asekurant się nie namęczył , tak jak i ja zresztą. Ale ostatnie fragmenty ....... nie. Nic z tego nie było. Jedna  tylko wpinka od stana .Ale ...Odpadłem, zawisnąłem na linie , powisiałem sobie potem.Jeszcze ze dwie próby,ale nie tym razem ..... jeszcze :)

Wchodzi Coffe , niefortunnie pogoda się pogarsza ...a jednak :(, a jednak :( Deszcz pada coraz intensywniej. Coffe dochodzi do 3 wpinki, podejmujemy decyzje o odwrocie. I co robić ? W ścianie dwie liny , chyba z 10 ekspresów , jakieś karabinki .... i deszcz leje , leje coraz bardziej . Coffe zjeżdża, wiąże prusiki na linie i wyrusza na akcję ratunkową.My ratujemy to co pod ścianą, zbieramy plecaki , resztę szpeju....

........I tak ratowali , ratowali wszyscy trzej, wiatr wiał , deszcz siekał po ich nagich torsach.Zimno dawało się we znaki. Podkoszulki leżały pochowane na dnie plecków,aby potem...było coś suchego. Po długich gimnastykach , w szczególności wiszącego Coffego, udało się uratować sprzęt. A było.... i przeciąganie liny, zjazdy , podciągania. Wszystko.

Akcja ratunkowa zajęła im 40 minut . Wszyscy ocaleli.Autobus lini 248. Godzina 20.20:  „Jak to mało potrzeba aby być szczęśliwym - chleb z serem,dres,ciepły autbus”

Wrócili . Wróciliśmy


Podziękowania dla składu:

Krzyśka - za pomysł na lokalizację , za najlepszy wynik dnia oraz za to że teraz suszy moją linę w swoim mieszkaniu :D :D

Mateusza - za wielką akcję ratowniczą i poświęcenia w jej trakcie. O! i za podarowany plaster sera żółtego- do moich suchych kanapek :(

poniedziałek, 17 listopada 2008

15-16.11.2008 Weekend przewodnicki!!


Początek niesympatyczny , ale coś musi być niesympatyczne i nieudane aby udana końcówka miała wyraźniejszy smak!!
14.11 a właściwie 13.11 , fatalnie się czuje, choróbsko ...... niefortunnie dostaję zapalenia spojówek w lewym oku, jak mi to pani doktor ujęła: nawet ostrego zapalenia spojówek. Oko wygląda jak czerwony bąbel...... kurde, niepozytywnie .I tu dziękować pani Dorocie , mamie Marka K. za przyjęcie mnie w gabinecie bez kolejki i zorganizowanie szybkiej terapii! Pani Dorota wiedziała że po prostu w sobotę będę musiał pobiec......
15.11 ranne godziny , oczko ...czerwone, ale już cośik wraca do normy! Jest siła i motywacja po sto pieronów! Będzie dobry dzień,koniec powtórek, ostatnie spojrzenie na mapę , położenie doliny pięciu stawów spiskich , schroniska jeszcze ......w końcu zamykam makulaturę. Tato mnie pospiesza z lekka, wrzucam Wielką Encyklopedię Tatrzańską w plecak , cały strój , jedzonko , "graniówkę" i jedziemy .
W kuźnicach jesteśmy koło 8.15 , a tu pełno ludzi , syćka się szykują,kłębią. Jest nasze dyrektorstwo, mowa wstępna, rozdawanie numerków itd..... itd Po prostu eleganckie zamieszanko
O 9 start!! I tu pikno rzec !! Wszyscy stacjonują jak najbliżej komisyji , a tymczasem ja i Krzysiek.K tak na tyłach się rozgrzewamy ..... aż tu nagle, 10...9...8....1.... 0 start! Co najlepsze, teraz jesteśmy na samym przodzie, bo start był za naszymi plecami- w przeciwną stronę!
Wyjaśniając; bieg jest z Kuźnic na Kasprowy Wierch. Wystartowaliśmy: lecę lecę ostry start , pierwsze 450m to nawet drugi jestem!! Naglę .....i co gorsza z duża różnicą prędkości (deltą), wymija mnie dwóch zawodników(jest nas około 100 w stawce) , bieg trwa nadal. Mam taką piękną nadzieję że będę z przodu! i chcę mieć czas poniżej godziny.To są moje cele na ten dzień. Wielu to traktuje na luzie, ale ja ....dość ambicjonalnie,dla samego siebie pewnie ale ...jak będzie jakieś miejsce :) Myślenickie Turnie..... jestem 6 , niewielki spadek pozycji , czas koło 24min . Ale co "najgorsze" wyprzedził mnie mój krajan z Kościeliska!!! No co to ,to nie! Tu musi być rywalizacja, nie odpuszczamy:PP .... póki co jednak się ode mnie oddala...klops:/
Że jednak chyciła mnie werwa!! to raz ..drugi...trzeci , mocne odepchnięcia kijami , więcej w nogi , i znów idziemy łeb w łeb! To raz on mnie mija to raz ja jego. Szczyt coraz bliżej.
Nagle!!! niespodziewanie!!! Słyszę za sobą niepokojące odgłosy, wiele uderzeń metalu o granit , jakieś szumy, łoskot! To nie mogło być nic dobrego :< , obracam się i widząc w nieoddali wielką ...niczym gwardię liczbę zawodników, ppprzyśpieszam! Ale oni są coraz bliżej , posłużę się tu miarą wielkości: są w odległości trzech żyraf przy wodopoju i pół słonia! Wyprzedzam Marcina B. , daję z siebie no naprawdę wszystko:P , a tu .... niczym rozpędzone ciufcie , dwóch biegaczy ....frrrrr (mija mnie), i znów,coraz bliżej słyszę uderzenia o granit -tak to kije ciągną kolejnego zawodnika na szczyt , parędziesiąt kroków dalej , mija mnie :/ ..... ale jest już kolejny......nie odpuszczę!!!!! nawet podbiegam, oby jeszcze dalej .... nic z tego , bo kiedy on zmęczony bo zmęczony ale mnie mija!! Jestem chyba teraz już 9 ...... I tak sobie myśląc o tej sytuacji ....biegnę na szczyt:( . Nagle?,co się dzieję!! jest obserwatorium, tak- to już tylko 450m , może 500m - fachowo koło50 żyraf drogi . Wypłaszczenie .... to teraz biegiem! Zbliżam się do jednego z tych wcześniejszych , finisz , kije na maxa , nie widzę czasu na zegarku , ambicja nie pozwala mi odpuścić ...może go wyprzedzę. Mijam go, jeszcze jeden w zasięgu! Lecę, nagle patrzę że mija mnie Marcin! Teraz to dopiero, rzucam się w przód ....lecimy....sekunda,druga....na szczyt wpadamy wszyscy trzej.....równo.Komisyja odnotowuje wyniki ..... limit mój wiekowy- 1h20, czas ...pewnie koło godziny
Pięknie!! Fantastiko , miejsce ....hmmmm 7-9 , z moich obliczeń :)) Ale co ważniejsze ...czas 0,59 .30h . Jest radocha!! Oczko dało rady, nogi wytrzymały .Jeszcze się taka pogoda robi , gratulujemy sobie z Marcinem, który stwierdza "Trzymaliśmy się razem, i generalnie wspieraliśmy w biegu" ....no prawię tak było;)
Na metę docierają kolejni znajomi, dla każdego to sukces ! Choć tak jak pisałem...wielu to traktowało tak po prostu na pół gwizdka,pewnie byli by dużo lepsi ..... ale cóż, ja dałem z siebie maxa....
W blasku słońca (listopad!!) schodzimy ze szczytu,jest ciepło , nie ma śniegu . Pięknie!
Popołudniu koło 16 część teoretyczna -ustny!
Tu to były nerwy, trzeba było liczyć na szczęście, może i dobrą komisję wybrać . Nie miałem najgorszego zestawu pytań. Trochę TOPO trochę przyrody, jakieś zlewiska . Jak dla mnie "in plus" :D
Koniec dnia . Wszyscy się rozchodzą....to co teraz? Jutro na skałkach!
16.11 Kwalifikacji dzień II . Skałki w lejowej. To miał być mój lepsiejszy dzień. Primo ; znam przecież te skałki , ojjjj!!! ile tam czasu spędziłem, i drugie primo, że wspin .... coś co lepiej bądź gorzej, ale mi wychodzi :)
Pogoda znów dopisuje, godz 9.00 lejówka start . Wiele znajomych twarzy. A ściana?? OK!! Mamy do zwędkowania względnie prostą drogę- "klasyczną" ponoć 4+ , Wbijam się może jako 10ta osoba , sprawnie .... czy elegancko nie wiem , ale jestem na górze. Twardy doping z dołu ze strony Krzyśka K. i Taty! Gdy dochodzę na górę....Tata woła: "Idź dalej, idź dalej" .... Nie da sie przecież ;] ......."To złaź z stamtąd ja pójdę" No prze Tata!!
Ale taka prawdą , w tym momencie to On się bardziej cieszy z tego mojego kursu niż ja, tak to wygląda! Bardzo Tacie zależy żebym tam był, w końcu sam..... jak to mówił: "25 lat temu temu to przeżywałem, synu kurs to piękna sprawa" . Zjeżdżam w dół , kolejni wspinacze atakują, wielu wspina się wprost fantastycznie, pokazując na tej drodze znakomitą płynność! Kluska wchodzi- rewelacja , Ania.F - ładnie , Marcin.M - bez problemu , Krzysiek.K .....zwleka zwleka , czas ucieka, - w końcu wbija się w ścianę, no i ....bez zawahania,pływa w pionie. Jest dobrze
Wprawdzie nie wiem jeszcze jak inni znajomi...oni będą później się wspinać . Ale ...będzie dobrzee
Pożegnanie,wracamy z Tatą do domu, jest pięknie. To jest życie .
Mam nadzieję że się z Nimi zobaczę niedługo , na kursie !!
Wyników kwalifikacji nie ma .....pewnie z tydzień co najmniej będziemy czekać. Ekipa -oby wszyscy weszli, będzie miło!!
To będzie dobry czas!

Podziękowania dla znajomych wszystkich , ale w szczególności jednak dla Taty za udział, za to że to On bardziej niż ja to przeżywał jakby sam to robił , jakby leciał na Kasprowy i wspinał się. Dla Mamy , za leczenie, odbudowę mojego ducha walki "play the game..." , po chwilowym dołku , za świetne wyżywienie i za wszystko. Dla pani Doroty i pani okulistki za leczenie ,
i dla Tych co mi mówili że dam radę !!!
Dzięki i do następnego :)
"in plus" ++++++++

środa, 12 listopada 2008

11.11.2008 STrain 2

Czasówka na Przełęcz Kondracką ! 930 -1725
jest plan, motywacja, będzie na czas , na maxa !!
wpierw rozgrzewa do Małej Łąki ,
czas start !!
-polana Małołącka 17.50
-koniec polany 24.00
-obejście żlebu 34.00
-świstówki 41?? - 43??
-duży żleb 46-47 ( kryzysik lekki , że nie dam rady)
ale tu złota myśl!! Biegniesz, tak? A po co biegniesz skoro nie dasz rady? Daj se spokój ! Albo tak nie myśl tylko zaprówaj dalej!
Wybrałem drugą ......
-kosówki 52.30
no nie ma bata, w siedem minut ....to choćby nie wiem co będę tam! za blisko już
-55.30 przełęcz, stoper stop .
Siadam no ....dość tak zmęczony;) , ktoś pyta , "-I jak czas ? Dobry ?"
- Tak, bardzo !
Odpoczynek , i już spokojnie na dół , jest pięknie !
Jeszcze lekki bieg do domu
Tam dopiero odczuwam pełne zmęczenie. Popołudnie spędzone w skałkach , wraz z Anią , Kubą i Antkiem , ćwiczymy na przewodnicki ! Już po zmroku opuszczamy stanowiska na lejówce ! Czołówka ledwo zipie, zresztą tak jak ja .... Wieczór , do Kraka, studia . Koniec dnia walecznego :):):)
-

9.11.2008 Wodna pod pisaną

Całkowicie niespodziewanie a tak miło !
Spontan bez dwóch zdań , tu nie ma innego słowa . Gdzieś koło 14 , Ciseł dzwoni ,Wodna pod pisaną cel . Łatwa jaskinia. Ja w te klocki to całkiem łysy jestem , ale że dzień kolorowy to i tu się postanowiłem zapuścić. 5 minut później , Ciseł: "Władek ale nie masz klausrofobi? Bo tam będzie ciasno" ....hmmm nie mam , prawda?
Godzina 15.20 jest ekipa u wylotu dol.Kościeliskiej . Kuba, Ciseł , Ja
W tym momencie zaczynają do mnie dochodzić fakty : Ciseł ma w ogóle strój cały speleologiczny, Kuba ma komplet ubrania na przebranie , a ja ..... Chłopki, aż tak źle będzie ? ...... ja na wesoło , dresik,kurteczka , dobrze że wziąłem tabliczke czekolady, jakbym tam gdzieś utknął i miał 5 dni siedzieć zanim mnie wyjmą :D :D
Gdzieś koło 16.30 jesteśmy pod pisaną , może wcześniej . W każdym razie mnóstwo ludzi się tam wlecze, chodzą sobie spracerują ....a tu przecież trzeba zrobić akcję jaskiniową !! Jak w takich warunkach? Raz że to nie legalne dla nas, żadnych papierów , zezwoleń , nic .... dwa że turyści , a wejście do jaskini ....dosłowie pół metra od szlaku , wygląda jak lisia jama buhahahhaha , no nie powiedział bym wcześniej że tam można wejść !! Pierwszy Ciseł w swoim spec-stroju ! Dał dura niczym lis do nory , hmmm myślę , jeszcze czas się wycofać , bo jak tam utknę ?
Ale nic....wpadam jako drugi, wlekę za sobą plecak , pozycja ...jakby to opisać "zmodyfikowana na dżownice z ręką z tyłu ciała" , i tylko z zewnątrz słychać komentarze: "oni tam chcą nocować ? , nie pewnie tam mają jakieś schronisko" - pełne zdziwienie ludzi!!!!!!!
Kuba dał nura jako trzeci ! Teraz kolej przejść przez zacisk , okazuje się że "lisia jama" ma kontynuacje wewnątrz skał!! Jest tunel , widzę zacisk , no racja ciasno , dość , nogi przeszły , ściskam bary:D :D , głowa , i jestem po drugiej stronie , tu już większy tunel. Po koljnych 15 metrach jesteśmy na tyłach wypływu pisanej! Fantastiko!! Kto by pomyślał że to tak wygląda! Nawet z Cisłem podejmujemy się kompieli w rwących nurtach "początków czarnego dunajca" jak to wielu niegdyś uważało , są wrażenia , a woda!! lodówa, WARTO , będzie końskie zdrowie ;)
Kilka fotek , ruszamy na penetrację dalszych korytarzy! Długie drogi przebyliśmy , były rozgałęzienia i zwężenia, nawet dwupasmówki! Co gorsza wybrałem gorszy pas , co przypłaciłem kolejną ciasną skradanką,zostawieniem w połowie korytarza plecaka - bo by nie przeszedł:) , i śmiechami kolegów, którzy zdecydowanie bardziej komfortowo przeszli "drugim pasem" . Wkażdym razie po kilkunastu minutach docieramy do końca jaskini , czyli zawaliska ! Myślę że jakieś 150-200m w głąb ściany, przynajmniej ja tak się czuje, obserwujemy wdzięczne kolonie wielkich pająków, które o dziwo tym razem nie sprawiają na mnie wrażenia!! . Jeszcze chwila oddechu i wracamy. Ja niestety muszę iść gorszym pasem...po plecak , dłuży się to nam , ale wkońcu docieramy do głównej komory , ( bo człowiek to w takiej jakini może mieć dziwne myśli)
ostatni dotyk lodowatej wody, mierzymy się z zaciskiem , jeszcze trochę dżowniczki i znów na powierzchni !Ale uczucia..... nie dość że powietrze pachnie!! to jeszcze noc na zewnątrz , ile gwiazd !!
Wszyscy wygrzebujemy się na powierzchnię , turyści strzelają nam pamiątkową fotę , po kawałeczku czekolady - tej co miała być na 5 dni;) , chłopaki się dopakowują ....a ja running lekki do domu! bo za tydzień cały ....hmmm ciężki sprawdzian, ale o tym pewnie w przyszłości

I podziękowania:
Dla Cisła ,za oranizację i pomysł
Dla Kuby że cierpliwie znosił różne dogadywania nie zawsze kulturalne w jaskini i nasze wspólne dyskusje na temat słusznej trasy i mapy , i za towarzycho poprostu
i dla Mamy że podjęła się próbie wyprania tych ciuchów potem , bo jak to wyglądało....lepiej nie pisać już , ponoć piachu i mułu było tyle że można by obdzielić tym ze dwie piaskownice !

środa, 15 października 2008

4.10.2008 Tatrzański Bieg pod Góre

Dowiedziałem się niecałe dwa tygodnie wcześniej , dzień później pierwszy trening. Problem - nie biegałem dwa miesiące. Lekka trasa. Jest lepiej niż planowałem . To coś dla mnie !! Startuje , jeszcze w między czasie ma być bieg im.druha Marduły, ale ze względów finansowych nie startuje. Przychodzę na start , wielu zawodników, rośnie we mnie ambicja i taki żal że nie jestem po drugiej stronie, w czarnych obcisłych spodenkach i leciutkiej koszulce ..... ale trudno . Za tydzień ...za tydzień , to będzie inaczej !
Przygotowania , bardzo krótkie , 5 treningów biegowych , jedno długie górskie wybieganie. Dom- Sarnia Skała- dom . Jest dobrze. Płynny oddech , tylko że nogi bolą potem . Zaczęły się studia , jeszcze trzy treningi na Błoniach . Piątek - wracam do domu, tylko niebo ...jakieś takie nieprzyjemnie. Sobotni poranek - nie jest dobrze , ściana deszczu , w górach śnieg pewnie. Ale co tam , są emocje , nic że trzeba będzie wylecieć na Kasprowy w takich warunkach. Nikt nie mówił że będzie łatwo . Godzina 9.30 jestem w bazie startowej . Spotykam znajomych . Kamil i Olaf będą rywalizować w tej samej grupie wiekowej co ja . Wkoło mnóstwo zawodników . Około 10 wychodzę na start, i już po paru chwilach woda z cieka ze mnie intensywnie. Lekka rozgrzewka . Start..... poszli , próbuje wyprzedzać, droga wiedzę do Kuźnic pod górę , asfalt . Czołówka narzuca wysokie tempo , trzymam się taktycznie w środku stawki ;) Nagle wyprzedza mnie Olaf ! O kurka , to coś nie tak , czyżby jednak moje mniemanie że nawet jestem w formie to nieprawda? Jakieś dziwne myśli ..... ale po kilku minutach gdy tylko "peleton" wbiegł na szlak od Kuźnic , powraca spokój . Zaczynam wyprzedzać. Koledzy zostali z tyłu . Ukształtował się pewien rytm biegu, systematycznie i do przodu. Przed Myślenickimi wyprzedza mnie dwóch biegaczy , chwilę później ja ich mijam :) Tam chwytam butelkę , przerwa na picie, żel energetyczny i dalej . Jeszcze połowa drogi . Już mnie nikt nie wyprzedza , bo w sumie nie ma kto . Stawka jest mocno rozciągnięta i Ci co tu dziś królują są już daleko z przodu. Udaje mi się jeszcze wyprzedzić około 8 zawodników. Końcówka "biegu" to już szybki marsz w wysokim śniegu ,trasa jest obstawiona przez TOPR-owców. Naglę z mgły wyłania się szczyt.Ktoś krzyczy " jeszcze pięć minut" , rzeczywiście , po piątce melduję się koło stacji meteorologicznej . Czas 1h 13 min , miejsce 38 ..... no na 110 startujących :) Czekam na kolegów , nie są daleko za mną , przebieramy się , nareszcie ciepełko , bo trochę marznę , po biegu . Posiłek regeneracyjny ( banany) i na dół kolejką .
Tam w barze "Pod smrekami" czekał nas ciepły posiłek , gorące dyskusje zawodników i wreszcie o 15 rozdanie nagród. Było fantastycznie !! Gorąco polecam przyszły rok ! 2009 , startujemy!

piątek, 30 maja 2008

Majówka w Bieszczadach

1 Maja - 5 Maja Weekend majowy , spędzam go wraz z Tatą . Jedziemy w Bieszczady.
Wyjazd w czwartek rano. Po drodze zwiedzamy muzeum Magurskiego PN . Wieczorem jesteśmy w Ustrzykach Górnych . Dzień II Trasa : zdobywamy wraz z Tatą Połoninę Caryńską , jest strasznie zimno , wieje porywisty wiatr z zimnym deszczem . Schodzimy , Tata wraca do Ustrzyk , ja idę dalej na Połoninę Wetlińską.Schronisko Chatka Puchatka. Rozlewam komuś gorącą czekoladę - ups. Duża trasa w sumie. Wracam zmęczony do Ustrzyk. Udany dzień.
Dzień III Idziemy przez Szeroki Wierch na Tarnicę. Następnie duża pętla. Na Halicz. Poznajemy przesympatyczną osobę Asię z Bratysławy . Opowiada o swoich przygodach i podróżach . Jestem pod wrażeniem. Wieczorem idziemy na piwo z Ojcem , słuchamy koncertu lokalnego grajka.
Dzień III . Pogoda znów nie dopisuje. Mamy zamiar zdobyć Krzemieniec - szczyt leżący na granicy trzech państw . Podchodzimy przez Wielką i Małą Rafkę . Bardzo strome podejście -polecam :)
Na szczycie Krzemieńca spotykamy grupę Czechów idą z wielkimi plecakami - rajd jakiś . Rozjaśnia się :) Gdy wracamy na Wielką Rafkę chmury się podnoszą, widać piękne Połoniny , Piękne Bieszczady.Schodzimy na parking. Mam cały czas w głowie te piękne widoki . Cudownie !!
Jedziemy do Komańczy , do klasztoru sióstr , w którym kiedyś był internowany prymas Wyszyński. Spędzamy tam noc. Następnego dnia lekki spacer , znów jest piękna pogoda. Siadamy nad strumykiem , odpoczynek , zachwycam się tym wszystkim , chcę wchłonąć w siebie jak najwięcej Gór , nie Tatr , nie wysokich . Po prostu Gór. Wracamy do Krakowa.
Dziękuję Tato za cały wyjazd !! Dużo zobaczyłem , dużo mi to dało ! :)

Góry Stołowe II

Część II

Entuzjazm do pisania długich relacji chwilowo opadł :(

Ale napisze kilka zdań .....dla faktu że było :)

26.04.2008

Wychodzimy koło 11 ze schroniska pod Muflonem. Nieco odpoczęliśmy. Pogoda nadal nie zachwycała . Ale nie padało. Zeszliśmy do Dusznik Zdroju. Teraz trasa przez Kozią Halę do Zieleńca. Zdobywamy szczyt Orlicę. Schodzimy na dół. Idziemy do kościoła. Jesteśmy w schronisku PTTK w Zieleńcu. Dzisiejszy dzień był łagodny, bez zmęczenie praktycznie 15km :) Wcześnie kładziemy się spać.

Dzień III

Rozdzielamy się z Wiktorem. Ja idę na Velką Destinę – najwyższy szczyt gór Orlickich położony już w Czechach. Wiktor idze krótszą trasą do Bystrzycy Kłodzkiej. Pogoda jest piękna ! Nareszcie mogę podziwiać widoki tych Gór. Koło godziny 8 zdobywam szczyt , schodzę z powrotem do Polski. Przechodzę szlakami przez Góry Bystrzyckie. O Godzinie 15.00 jestem w Bystrzycy Kłodzkiej. Wiktor już tam jest I ogląda muzeum ognia , które tak bardzo chciał zwiedzić. Okazuje się że po drodze miał przygodę I pomylił trasę , zabłądził delikatnie , tak iż w końcu do Bystrzycy został podwieziony samochodem :) :) . Ale cel swój osiągnął, zdążył obejrzeć muzeum. Mój cel też został osiągnięty. Trasa zrobiona :) Wracamy pociągiem do Wrocławia. Tam mamy 3 godziny czasu, podczas których zwiedzamy centrum Wrocławia. Rynek , wyspy na Odrze , Ostrów Tomski?? Tak to się nazywa chyba . Tata przypominał mi przez telefon o swoim mieście , opowiedział co mamy zobaczyć , bo przecież to Jego ukochane miasto z czasów studenckich. O 23 wsiadamy w pociąg do Krakowa. 3.30 jesteśmy w Krakowie . Wyprawa UDANA !!

Dzięki Wiktor za towarzystwo ! Podziękowania dla spotkanych ludzi , za pomoc I życzliwość. Dla koleżanek z Wrocławia , dla Opowiadacza z autobusu , dla innych :)

środa, 30 kwietnia 2008


Relacja z wyprawy w Góry Stołowe część I


“Przygoda,przygoda każdej chwili szkoda”


Plan był taki : Jedziemy gdzieś w góry, gdzie nie byliśmy jeszcze. Ustaliło się że Stołowe, I Orlickie I do Bystrzycy przez Bystrzyckie ! Przygotowania poczynione , są noclegi , wstępne zarysy tras . Ale wiadomo ...że w drodze się wiele rzeczy może pozmieniać



Ekipa: Wiktor.J – jako podróżnik już zaprawiony w wyprawach.Takie oparcie całej wyprawy.

I ja – jako ...ja. Entuzjazm . Jadę w góry przecież !! :)


Dzień I

15.00Zbiórka, kupujemy bilety na pociąg , czekam na Wiktora

I teraz tylko oby pociąg był na czas .... bo na przesiadkę we Wrocławiu jest tylko 20 minut. Jest nadjeżdża punktualnie!

  1. 17 Wyjazd z Krakowa.Wsiadamy. Gdzie? > Pierwszy wagon, zbyt tłoczno, to do tyłu.

Wagon 3. Przedział pierwszy od drzwi , wsiadamy, towarzystwo trzech kobiet. Zapowiada się więc spokojna podróż. Pierwsza pani wysiada w Katowicach. Wiktor Śpi . Jedna z dziewcząt zgodziła się zrobić nam zdjęcie. Tzn. Wiktorowi jak śpi i mi :)

OOOooo I proszę ! Zawiązuje się rozmowa :) Poznajemy Kasię i Monikę . Jadą też do Wrocławia .

Podróż mija wyjątkowo szybko i wesoło . Rozmawiamy o studiach , tańcu ,awf'ie , w końcu zaczynamy coś nieśmiało śpiewać w przedziale. Koleżanki są bardzo sympatyczne , a że rówieśniczki nasze to już w ogóle ;)

19.50Jesteśmy we Wrocławiu. Dziewczyny wskazują nam dworzec PKS , ruszamy w dalszą drogę ! Tu przesiadka w mniej komfortowy środek transportu. Oczekiwałem jakiegoś wygodnego autobusu ....tymczasem na peron wtacza się jakiś stary bus <> Kierowca sprawia miłe wrażenie i zaprasza do środka , nie przeszkadzają mu nawet nasze wielkie plecaki . Zasiadamy na ostatnich dwóch wolnych miejscach. I też kogoś poznajemy ! Wprawdzie nie już tak miłe towarzystwo jak Wrocławianki. Między nami siedzi na pozór typowy staruszek , koło 60 lat , z kulą , wygląda na schorowanego. Po chwili zawiązuje się rozmowa. Ten staruszek okazuje się „przepomponem” ;) !! Czyli przegościem !! Opowiada nam historie jak to żył , kim to on był , gdy był młody !! I tak żeby nie rozpisywać : wspinacz , ratownik WOPRu , płetwo nuerk , skoczek spadochronowy , a gdy opowiada historie jak wyciągnął z zarośli przybrzeżnych rękę trupa , lub gdy skacząc ze spadochronu trafił w betonową płytę i skręcił kręgosłup..... to ja już w ogóle , no szacunek dla człowieka , że dużo przeżył ! Stracił zdrowie , miał jeszcze wypadek samochodowy. Podróż szybko mija ! 100 km opowieści . Tzn Wiktor nie za bardzo w to wierzy ...ale ja chyba wierze.

22.10 Docieramy do Kudowej Zdroju. Odnajdujemy nasz hotel! W każdym razie jest ciepła woda! Poczyniamy ostatnie plany na następny dzień ! Godzina 23.15 kładziemy się spać.Szykuje się ciekawy dzień

Plan aby wstać przed 6.


Dzień II

Istotnie udaje się nam wstać o 6 ! Po pierwsze spojrzenie za okno- jaka pogoda , bo jeszcze wczorajszego dnia to budziło nasz niepokój , ale wygląda nie najgorzej, może nie będzie padać :) Idę do sklepu po chleby, świeże poranne powietrze, słoneczko ! Jest entuzjazm !

Śniadanie, pakujemy się I w drogę.

Wyruszamy o 7.30 . Wpierw do centrum Kudowej Zdroju , wchodzimy do pijalni wód , tu próbujemy lokalnych smakołyków ! Tak, niewątpliwie jak się czyta sam skład tych wód to człowiek się już robi zdrowszy. Tyle tych kationów I anionów że , w samych labolatoriach chemicznych ciężko by znaleść :) Wypijamy spore ilości mineralnej. Kasjerka jest zadowolona z naszej obecności ! W końcu jesteśmy pierwszymi klientami w tym dniu !

Wyruszamy zielonym szlakiem do Czermnej , tam odnajdujemy słynną kaplicę czaszek. Niestety jest zamknięta. Widzimy tylko kilka czaszek przez szybkę, a ponoć jest tam kila tysięcy szkieletów!

Po kilkunastu minutach szlak wprowadza nas w końcu w prawdziwe góry! Spotykamy pierwsze formy skaliste.Skałki prawie jak z filmów o boulderingu ! Nie oczekiwałem że Park Gór Stołowych wygląda w ten sposób. Bardzo miłe zaskoczenie. Przymierzam się delikatnie do jednego boulderu. Z mizernym skutkiem ;) . Idąc dalej spotykamy sarny na naszej drodze. Idziemy dalej.Skałki się rozrastają ! Tak , to znak że jesteśmy przy Błędnych Skałach. Kupujemy bilet I wchodzimy w tę atrakcę którą przewodniki określają jako jedno z najciekawszych miejsc. I rzeczywiście przepiękna sprawa! Szczeliny, przeciskanie się w wąskich korytarzach, załamania skał, prawdziwy labirynt skalny. Przez moje gapiostwo omało co nie gubię noża, który wypadł mi jeszcze przy wejściu do labiryntu. Na szczęście ktoś go znajduje I mi zwraca. Nerwy, bo ten nóż jest fantastyczny, gdybym go stracił.....

12.00wychodzimy, ruszamy szlakiem w kierunku Fortu Karola . Pogoda się psuje I zaczyna lekko kropić, ale tylko na chwilkę. Robimy przerwę na drugie śniadanie . Podziwiamy stary las , częściowo zniszczony. Kwaśne deszcze? A może choroby drzew ?

O 13.05 jesteśmy przy Forcie. Z tąd roztacza się widok na Szczeliniec , jest tu też całe mnóstwo skałek. I tym razem, próbuję na nich swoich sił dokonując nie do końca spektakularnego wejścia na resztki muru Fortu Karola.

Przechodzimy przez wieś Karłów , wpadamy do sklpu po Jogurciki I soczki. Dawno nie jadłem tak dobrego jogurtu. Podejście na Szczeliniec okazało się nie najkrótsze , gdyż wybrałem dłuższy wariant , który ponoć miał być dużo ciekawszy . Był co najwyżej inny. Przed decydującym podejściem rozbieram polar( ważna rzecz ;) . Tak , chwila ostrzejszego podejścia I zdobyliśmy górę :P Godzina 14.50 . Roztacza się stąd wspaniały widok na okolicę , jednak największą uwagę przyciągają spękane ściany piaskowców tworzące imponujące szczeliny I rozpadliska. Nagle Wiktor spostrzega coś strasznego ! “Władek , gdzie Ty masz okulary ! Miałeś je przecież cały czas na głowie” Ups ..... to ten polar na dole. Spadły pewnie jak go zdejmowałem . A tu pragnę dodać że chodzi o me ulubione już okulary , nie ma co, bardzo pamiątkowe I w ogóle ...... Bez zastanowienia zostawiam wszystko pod opieką Wiktora I zbiegam pośpiesznie w dół . Przeszukuję cały obszar . Nie ma :( Co za głupota ! Trzeba być ...... żeby zgubić okulary ! Wracam pochmórny na górę . Aż tu pewna złota myśl ! Wiem gdzie są okulary ! No przecież ! Jak się wspinałem na Forcie Karola to je zdejmowałem ! Tak są tam na pewno ....... 1,5 h drogi za nami .... Szybka decyzja , rozdzielamy się z Wiktorem , niech on idzie naszą planowaną trasę , ja wracam , może jeszcze tam są . W drodze powrotnej przechodzę przez labirynt Szczelińca , niestety nie zwracam na niego tyle uwagi na ile zasługuje .... zbytnio się spieszę , jeszcze tylko rzut okiem na panoramy z dwóch punktów widokowych . Odnajduję w ścianach jakieś drogi wspinaczkowe . Chciałbym tu kiedyś wrócić. Na wspin. Tymczasem udaję się w drogę powrotną dla wzmocnienia w tym samym sklepie kupuję kolejny jogurt, spotykanych ludzi pytam o okulary . Bo może jednak .....może coś wiedzą. Pewien Czech coś mówi o jakimś człowieku , coś o okularach . Nie za bardzo go rozumie. Kolejna kobieta już rozwiewa tajemnicę. To przede mną idzie Wiktor I tak samo wypytuje o moje okulary . Nie zostawił mnie ! Idzie tą samą trasą :) I teraz...... 16.50 , metry dzielą mnie od Fortu . Jest Wiktor ! Ma coś na głowie ! Są okulary ! Dziękuje Boże ! Ustalamy nową trasę , myślę o szlaku niebieskim , bo najbliżej do celu . Tylko 4h . Ale Wiktor wybiera żółty 5,5h do Dusznik ale za to prowadzi przez torfowisko I Skalne Grzyby. Zgadzam się. Zapowiada się na burzę. Ale I tak już wystarczy szczęścia na dziś. Przecież znów tyle rzeczy mi się udało! A niech nas zleje. O 17.10 wyruszmy z Karola , mija kwadrans , ulewa. Zarzucamy pelerynki I dawaj dalej. Gdy przechodzimy w pobliżu Białych Skał zaczyna się gradobicie , potem znów tylko deszcz. Nie za bardzo jest okazja do podziwiania gór . Ale to też jest piękne ! Czuć zapach lasu , czuć te góry. Fantastyczne. Mijamy torfowisko którego nie ma , wchodzimy na ścieżkę przyrodniczą Niknącej Łąki, jest to chyba jedyne w tym parku tak dobrze zachowane torfowisko.O 19 docieramy do Skalnych Grzybów, istne grzyby z kamienia , nie ma co warto było zobaczyć. Pociesza nas fakt że na słupach kierunkowych do Dusznik jest opisane jako tylko 4,5h drogi ! Dotrzemy w nocy . O 20.30 zapalamy czołówki , dochodzimy do wsi Batorów. To miał być już koniec trudności. Deszcz ustał zupełnie . Wchodzimy znowu w las. Jakiś kościół na wzgórzu, rozdwojenie dróg , ale nie widać szlaku. Metoda: Wiktor w lewo ja w prawo , jak ktoś znajdzie to krzyczy. Nikt nie znalazł :/ Okazuje się że szlak skręcał tuż za kościółkiem. Tracimy 10 minut. Nie mija kolejne 10 minut jak sytuacja się powtarza , znów w dziwnych okolicznościach gubimy szlak :/ W końcu udaje się dotrzeć na skraj jakiegoś urwiska . W oddali widać światła Dusznik. Zaczyna jednak padać deszcz. Posilamy się czekoladą I w drogę. Szlak wychodzi na pola.Podążamy za koleinami . Jakiś dom stoi . Nie ma szlaku ! Znów . Po pewnym czasie znajdujemy z Wiktorem wspólny język I ustalamy dokąd się mamy udać aby znaleść szlak . Nie jest łatwo , ale się udaje. To był dobry plan ! Staramy się iść najdokładniej jak tylko mapa wskazuje. Szlak wzdłuż potoczku , wzdłuż potoczku . Deszcz się wzmaga, pora coraz późniejsza. Gubimy szlak :( Wiktor chce go szukać , decyduję że zrobimy inaczej I pójdziemy po prostu wzdłuż potoczku. W pewnym momencie w lesie spostrzegam wielkie świecące oczy, inne niż te wcześniej , to nie sarenka . Ale pewnie Jeleń , duży Jeleń . No tak na pewno ! Nie ma co ! Już go nie widać, sprawdzam jednak odruchowo czy nóż jest na swoim miejscu. Udaje się nam dotrzeć do jakiejś drogi. Jesteśmy przemoknięci. Jakoś nie specjalnie mamy ochotę wchodzić w następną polankę , tak za szlakiem- kulturalnie. Jest przecież jakaś droga asfaltowa. Jedzie samochód, machamy, mija nas. Jest następny, młodzi ludzie mówią nam o jakimś moście. Tak to pewnie ten co go tu niedaleko na mapie widać .... jest dobrze! Idziemy chyba z kilometr, mostu nie ma . Ale już wiem o co chodzi! Jesteśmy w innym miejscu na mapie ! Trochę wcześniej ....to się zagalopowaliśmy, aż ciekawe że ten szlak rzeczywiście szedł przy tym potoczku wcześniej :P W każdym razie nadkładamy z 2km . Teraz już jest ładna droga asfaltowa , deszcz ustaje. Jednyne co to zmęczenie ....spotykamy jeszcze po drodze grupkę lokalsów którzy zarzucają nam wpierw kradzież słupków przydrożnych , a po chwili jednak zapraszają na kielona. Nie wyglądają zbyt przyjaźnie , z drugiej strony spieszy się nam przecież więc nie mamy zamiaru skorzystać :D

Tak ,udaje się nam ich lekko wymanewrować I czym prędzej się od nich oddalamy. 23.30 docieramy do Dusznik, odwiedziny sklep 24h , zakupy ....czyli chleby I mineralka , na jogurcik już za późno. Teraz podejście do schroniska pod Muflonem.

O godzinie 00.20 meldujemy się na miejscu! Tam tymczasem trwa impreza w najlepsze. Studenci socjologi rozkręcają zabawę ! Udajemy się do pokoju . Standard uboższy niż noc wcześniej. Ale za to cena ! Studencka – 14 zł . Oglądam nogi ... nie najlepiej . Zrobiliśmy prawie 50 km. Jak Bergson :PP . Tuż przed snem udaję się jeszcze na korytarz , I tu jakie zaskoczenie ! Spotykam znajome twarze .... to klasa 2 z mojego wspaniałego liceum wybrała się tu na wycieczkę ! Jest też moja pani egzaminator z zeszłorocznej matury ;) Zamieniamy kilka zdań , wspominamy to I tamto.

Bo I ja kiedyś z tą panią byłem na wycieczce. Pamiętne czasy Londynu. Rozmawiamy jeszcze kilkanaście minut z dziewczynami, poznajemy studentów Socjologi . Tzn pomagamy im wrócić do pokojów ;) Dziewczyny godzą się przyjąć na kaloryfery w swoich pokojach część naszej mokrej odzieży. Teraz czas do spania ! W końcu ! Godzina 3 , powiedzmy. Sen :)

poniedziałek, 21 kwietnia 2008

"STrain"

Strat -Mała Łąka wylot (938 m.n.p.m) 16'
-Polana Małołącka 38' 30
-Przełęcz w Grzybowcu (1311 m.n.p.m) 51'
- Strążyska schronisko 1'04
-Siklawica 1'08
-Strążyska wylot (898 m.n.p.m) 1'21
-Mała Łąka wylot 1'41
-Start(Dom) 1'57.35

Trochę śniegu na Grzybowcu, kijki się przydały :) Pod górę występują znaczne problemy :P
Ale wszystko idzie w dobrym kierunku !
Droga -> -> Zamberlan Adventure Trophy

środa, 16 kwietnia 2008

Lejowa - wciąż na Topie !


12.04.2008 - piękny dzień się już zapowiadał od dawna ;)
Sobota. Pobudka - szarawo za oknem . Ale nie pada , po wczorajszym deszczu nie widać śladów, asfalt suchy - ściana będzie sucha! Pozytyw! Jest ekipa ! Janek ksywa stalowy chwyt ! oraz Ania , Ania właśnie :)
Janek się tu coś przebąkuje że poprowadził najtrudniejszą drogę ! Na kominie ! Oooo jakie małe chwyty ! Ale Jan-Tapczan to ma chwyt !
O 11 jestem pod ścianą , sam , czekam na towarzyszy ! To jest piękno Lejowej - cisza , skała , woda ,
To jest ta skałka , w górach , w Tatrach . Jura - jurą , ale to jest inny wymiar . Da się go dostrzec - to jest radość:)
Rozkładam sprzęt , przychodzi Ania , rozpoczynamy wspinanie .
Nasze "stare" Boulder'y ...na pierwszy ogień . Dla Ani to nowość , przystawia się do nich skrupulatnie , dla mnie to już rutyna ...tzn już je dobrze znam sprzed roku ;)
Oooo i tu mistrzostwo ! Dzwonie do Jaśka aby przywiózł krem do opalania ;) Słońce zza chmur wyjrzało, Benosik już uznał że pora się po opalać buhahahhaha. Koszulka na bok , jedna dwie próby , 10 min , i tyle słońca było ;) A Tymczasem przyjeżdża Janek , już z daleka wymachuje kremem do opalania ! Oż ten !
Janek na rozgrzewkę atakuje Boulder'y , przenosimy się na linę ,
I tu też standard już "Beczka" VI , nie ukrywam że jak zawsze na beczce , miałem trudności , po prostu nie potrafię tej drogi robić rutynowo ;) Za każdym razem trzeba walczyć
Zakładamy wędkę . Nowa lina - więc pierwsze jej testy . Janek atakuje "lewy filar" prawie że z powodzeniem , Ania następnie rusza na "Prawy Kant" , brakuje jej jeszcze trochę precyzji , ale jest blisko załapania kluczowego ruchu , przymierzam się do "Lewego filaru" ...wędeczka na początek , droga wspaniała , małe chwyty , czujnie , tylko zimno , coraz zimniej , przed chwilą Janek mówił że nie czuł tam chwytów. Teraz będąc w połowie drogi doświadczam coś podobnego . Jestem już za kluczowym miejscem .... pamiętam z zeszłego roku , jak dwukrotnie tu mi już brakło siły , jak w tych miejscach odpadałem.
Chwyt trzyma w palcach , stopień już pod nogą , kolejny chwyt . Byłem na górze , radość ! To chyba VII , wędka , ale mam nadzieje że to kwesta czasu ;)
Jestem znowu na ziemi , ból w palcach , od tych krawędzi , zimna . Radość !! Radość
Idę odpocząć...nareszcie , Janek wstawia się w "prawy kant" V , i udaje mu się ! Ale przecież ten spryciarz już go rok temu łoił ! Janek nie kryje zadowolenia , bo to jego pierwszy dzień wspinania , Ania też próbuje , jest bardzo blisko , jednak minimalnie brakuje. Tak tak ! To ona dzielnie walczy z drogą na zdjęciu ;)
Teraz prowadzenie ! Tapczan ( Jan) i Ania prowadzą dwie drogi ! "Klasyczną" IV i komin chyba III ,
To był początek sezonu w naszych rodzimych skałkach , ale początek to znaczy wstęp :)
Będzie lepiej, będziemy ćwiczyć , będziemy się tym wspaniale cieszyć !
Wspinanie - radość !!

poniedziałek, 14 kwietnia 2008

Wspinanie - Zaklęty Mur - W prominiach ognistej kuli

Dna owego, dnia pewnego , słonecznego :P
11.04.2008 Skały : wyprawa trzecia ! A że trójka to już poważna liczba
Jedziemy , ekipa , no można powiedzieć że "stara"
A więc: Mat. Paweł, Matrix i Tomek ! Tomek to był nowy nabór
Tym razem , start spod AGH wprost w stronę Olkusza.
Wysiadamy w Jerzmanowicach. Długa droga piesza , po drodze mijamy jaskinię Nietoperzową. Po kilkunastu minutach jesteśmy pod ścianą.
Mamy dwie liny : statyk plus dynamik.
Miałem ten zaszczyt rozpocząć wspinanie , droga V "Droga Pionierów" , była to moja najdłuższa droga w życiu. Około 28m. Co warto przyznać cała skała ma takie rozmiary, więc wspinanie długie ! Od podnóża wygląda prześlicznie ale w ścianie .... tam to dopiero sprawia wrażenie ! Na stanowisku w górze robię parę operacji sprzętowych , chłopaki dopingują mnie z dołu , w żadnym wypadku nie jest to mozolne , bynajmniej trochę się komplikuje i gdy już się wydaje że gotowe i rozpoczynam zjazd ....problem , lina splątana. Uhhh był błąd ...a w zasadzie niedopatrzenie , udaje się jednak zjechać szczęśliwie na dół . Popełniłem błędy podczas tej drogi, byłem zbyt nerwowy w poczynaniach ze sprzętem za co słusznie dostaję ochrzan :/ Mat potarza drogę , zakłada taśmy do wędki , bo jak się okazało była za krótka .
Mamy więc już dwie liny aktywne ! Paweł teraz atakuje "Siekierkę" V , muszę przyznać że ze wszystkich dróg zrobiła ona na mnie największe wrażenie , prowadzona jest w trudnym terenie , postrzępione głazy , szczeliny , bardzo urozmaicona linia ...absolutnie nie do lotów. Nie powtarzamy jej z Matem, linia wciąż czeka .
Atakuję "Sekwencja" VI+ , piękna droga , płyta, oooo i to słońce na górze , gdy oświetla spoconą twarz , siłowa droga jakby , dziurki, małe chwyty . To lubię ! Mat powtarza "OS-em" , I tu taka aluzja! Nie wiem czemu panowie coś tam narzekają na mojego OS-a :( o czym oni mówią ? eeeee tam
Teraz Paweł atakuje "Noc Listopadowa" VI.1 , pada w pierwszej próbie . I to jest nasze najlepsze przejście w sezonie ! Czas nam mija rewelacyjnie , Matrix i Tomek łupią wędkę za wędką , ćwiczą technikę. Mat atakuje "Widok z okna" VI/VI+ , kolej znów na mnie , posypuje już tradycyjnie - a warto zaznaczyć że niechcący! linę magnezją i wchodzę w "Noc listopadową" Ładne wspinanie , ciężki początek i tak w środku , też z dwa cięższe ruchy , ale czy to VI.1 ? No nie wiem. Mat'y i Pawły by powiedzieli że mi tam prościej bo mam ramię normalnie zbyt długie :PP
Paweł atakuje teraz wędki razem z Matrixem i Tomkiem .
A ja ...
"Niczym w promieniach zachodzącego słońca
Niczym w świetle słońca na zachodzie
Niczym w blasku ognistej kuli świecącej na niebie
odchodzę , udaje się do domu"

I niech ten impresjonistyczny wiersz na koniec będzie wyznacznikiem tej relacji

niedziela, 6 kwietnia 2008

KiCzoWe Wspinanie - Czyli Psiklatka vol.2

5.04.2008
Dzień jak dzień , płynie sobie powolutku. Jakie plany na dziś ?! Impreza !!!
Godz 23 lecimy na podbój nocy !
Miłosz , Michał , Bujar i Ja . Wpierw kulturalnie piwko na plantach ...no i gdzie teraz ?
Cień ? Nie...duża kolejka , Afera - mówi Bujar , eeeeee chodźmy do Kiczu!
Plany na dziś: muzyka lata 80 .... z Miłoszem już nam od kilku dni takie rytmy wciąż chodzą po głowie , tym bardziej że wciąż je puszczają na VoxFm .
I Kurka Siwa ! Będzie biba !
".....Wszystko, czego dziś chcę
pamiętaj o tym
polecieć chcę
tam i z powrotem
z ramion twych wprost do nieba, do nieba......"
I jak tu się dobrze nie bawić , a jeszcze Twisty , Rock&Rolle , Makarena ....uuuuuu
Ojjj działo się! Godz 3 wracamy , tzn Miłosz by pewnie tam jeszcze posiedział , bo wdał się w rozmowy z pewną sympatyczną dziewczyną , ale że My - jego towarzysze już cali mokrzy od tańczenia , żeby nie mówić że się rozpływaliśmy ...... to i on z nami poszedł.
Wychodzimy , ojjjj mżawka , deszczyk lekki , mokro ..... chłodno . O to sobie jutro pośpię ! Żadnego wspin!
6.04.2008
Godz 9.30 ....yyyy telefon coś dźwięczy.... yyyy już budzik ? Nie ...sms ..... wspin ? Dziś ?
Jakieś żarty ..... niiie mokro jest , 2 sms .... " Benos bądź o 10.30 u mnie" No tak .... mi tu w głowie szumi jeszcze "Twist again......" , a tu co ? Wspin ?
Ok. Za oknem ..... no ...no sucho , dość . Meteo.pl - opady , brak , Hmmmm . Jedziemy !!
godz 11 Azory . Wyjazd ! Ooooo jakaś duża ekipa ! Ilu ludzi . Panowie dokąd to , przecież to ranek ! Niedziela , spanie .A coooooo ! Jedziemy . Psiklatka vol.2
Skład : (Mat)eusz , Matrix , Grzesiek , Daniel , ja . Dziś mamy dwie liny ! ooo dwa razy więcej wspin ! Co za pocieszenie ....no normalnie. Nie mam sił do nich ! Spać......chcę
Godz 12 . Psiklatka. Dwa zespoły : Ja& Mat oraz Grzesiek i Matrkix . Daniel - fotograf . Team 2 zajmuje się patentowaniem lewej strony ściany . Grzesiek zaczyna , potem Matrix na wędkę , potem Matrix prowadzi ! Co ważne Matrix jest pierwszy raz w życiu w skałach ! Ale co tam ! Gość ma psychę ! Tego dnia robi na prowadzenie 5 dróg ! o wycenach do IV- !! Szacunek - Grzesiek nadzoruje jego poczynania i sam także pokonuje te drogi. Jak sam stwierdza to jest jego "rozruch" w tym roku dopiero. Ja rozpoczynam od Psiej Rysy V , hmmm jak to będzie ? Będzie Kicz czy nie będzie ?
oooo udało się ! Zjeżdżam , hmm nie było źle , Mat powtarza drogę , cfaniak - pokonuje ją bez trudu , bo już ją wcześniej przeszedł ! Oż ten ! Teraz nowy plan . Dingo V- , wygląda super ! Długa , logiczna, bardzo ładna . Przewspinujemy ją ! Pierwszy Mat, ja powtarzam . Dobra robota . Bez Kiczu ! Świetna linia ! Ja zaliczam teraz Psią Rysę V
No i co teraz ? Okapik z lewej ...mokry , idziemy na drugą stronę ściany ....ale , chociaż , może , ...wzrok przykuwa , pokaźny okap nad nami , droga jest ..... ale ten okap to chyba jakiś kosmos
Hmmm a może by coś polatać ? Napieramy ! Droga Canapies VI+/1 Mat zachęca mnie do ataku , jesteśmy optymistami ! Ruszam . Początek ....elegancko ! 3 Wpinki , ładny wspin , jasna linia , ooo a teraz , coś płasko , mało chwytów , mało stopni , ehhhh a myślałem że do okapu to będzie prosto . Walka , czujnie , bardzo , Wpinka jest jakiś metr ode mnie .... po prawej stronie , balansuję ostrożnie , zakładam expres , i teraz, no byle bez lotów ....wybieram liny , jeszcze parę cm , jest ! Mat stwierdził później że miałem tam niezłego telegrafa w nogach ! Jest okap ! Chwyt , drugi , teraz piękny ruch nogą , i przewiecha podemną !Wpinka , druga ....o jest radocha! , trzecia wpinka , jest Top ! Przedkładam linę przez ring zjazdowy , i na dół . Super ! Jest ! Najtrudniejszy OS w życiu ! I to po takiej Kiczowej nocy !
Mat powtarza drogę ! Walczy ciężko , ma pewne problemy z okapem ,ale w perspektywie lotu daje z siebie wszystko i jest ! Jest Top !
Na zakończenie pokonujemy jeszcze Pies Pogrzebany VI- , jeden mokry podchwyt , okapik .
Super extra udany dzień ! Po prostu Kiczowy dzień ! ..... no to znaczy taki dobry !
Podziękowania dla chłopaków z teamu za kawał dobrego wspin. !
Brawa dla Matriksa za pierwsze w życiu prowadzenia !
No i dla Mata ... że mnie obudził dziś rano ! :)

wtorek, 1 kwietnia 2008

Bergson Winter Challenge - ralacja


Wielki rajd ! Bergson ! Ciężko ! Wielu rezygnuje ! Zima !
Ja ? Startować ? Teraz .... miało być dopiero w maju na North Face Adventure Trophy
Przecież to już tylko miesiąc do zawodów , aż tyle za wpisowe ? Sprzęt ....dużo go trzeba mieć ,
Czy dam rady ? Czy dam rady ?
Takie pytania krążyły po głowie ....gdy Dawid Studencki w drugiej połowie stycznia zaproponował mi start . O Adventure Race myślałem już wcześniej . Dawid wspomniał mi już o tym w wakacje , naszym celem miał być maj 2008 . Zawody North Face . Mieliśmy zacząć trenować już jesienią , biegać , rower , jakieś techniczne przygotowania ...ale wyszło jak wyszło . Nie biegałem zbyt wiele, może kilka razy , rower ...ostatni raz końcem września , technika - nic , przyszła zima - narciarstwo , wspinanie na panelu . A tu nagle taka propozycja . Lecz myślę : trochę tej kondycji mam , coś tam czasem się ruszam. Ale czy jednak startować ? Czy dam radę? Kilka dni później Dawid piszę że mu odradzają start , sam się waha. Nie wiem co robić ..... nie ,chyba jednak nie , przygotujemy się na maj - myślę . Mamy się spotkać i pogadać jeszcze , zdecydować coś w końcu . W międzyczasie pierwsze treningi biegowe po Błoniach krakowskich. Hmmm nie jest najlepiej , jakaś "zadyszka" , zakwasy lekkie , tempo nie takie jakby się wydawało .
Podczas spotkania spokojnie omawiamy za i przeciw .
A więc Za - A więc starujemy .
Trenowaliśmy osobno. Ja - Kraków , Błonia- areną przygotowań , Dawid - Kościelisko, góry .
Powoli kompletujemy sprzęt , dokupujemy czego nie ma .Brakuję ubezpieczenia , kijki trekingowe już są , czołówka jest . Nagle okazuje się że opony z kolcami by się przydały. Zamawiam - Allegro. Znów niepokój ....czy warto , już za późno by coś zmienić, koszty , poświęcenie , po co? Po to by się tam skrajnie zmęczyć? Przygoda - TAK , Adrenalina - TAK ale aż tam ? W taki sposób ? Są przecież inne drogi......Nie nie , myślę , jednak warto , jestem tego pewien . Chcę tam być !
Na liście startowej dumnie brzmią słowa : 65 WOSzK Gronik Juniorzy 1. Dawid Studencki- kapitan 2.Władysław Bętkowski
Dawid już z pewnym doświadczeniem , ja - bez doświadczenia , pierwszy raz !
Miesiąc szybko zleciał . Został tydzień . Niedziela 24.02.2008 . Godziny południowe . Lekkie słońce , ciepło . Jak na nasze zimowe warunki, mało śniegu w Kościelisku, więc pewnie i mało w Tatrach :)
Nasz pierwszy wspólny trening. Pierwszy i ostatni przed zawodami. Bieganie w Reglu Dolnym . Wziąłem nowy rajdowy plecak , lekki balast do środka, zobaczymy jak się spisze. Biegniemy w Małą Łąkę. Tempo Dawida , coś nie tak .... pierwszy podbieg - odstaję , Dawid czeka na mnie, Dolina Miętusia , Kościeliska , Lejowa , podbiegi - nie jest najlepiej . Zostaję zawszę z tyłu . Źle się z tym czuję. Przecież trenowałem . Lejowa skałki , odpoczynek , wypijamy coś , Dawid mówi że nie jest źle , że damy radę ! Dobrze że mnie wspiera , a przecież mógł by powiedzieć: "Miałeś się przygotować , tam będzie dużo gorzej , co robisz ! " Końcówka , już mi się lepiej biegnie. Jestem w domu . Czas 2h . Mocny trening , tak to powinno wyglądać zawsze

28.02.2008 Wyjazd ! Godz 12.00 wyruszamy w stronę przygody !
Z Kościeliska jadą trzy zespoły.
WOSzK Gronik Tomasz Bartkowiak i Andrzej Błaszczak
WOSzK Gronik Juniorzy Dawid i Ja
WOSzK Gronik Strong Czesław Studencki i Paweł Zieliński

Jesteśmy na miejscu o 16.00
Zameldowanie. Odprawa kapitanów . Dostajemy mapy !
Czuję w powietrzu tę całą atmosferę ! Bergson tuż tuż ! Wkoło pełno młodych ludzi, wszyscy załatwiają ostatnie sprawunki , szykują sprzęt
Wychodzi na to że z Dawidem jesteśmy najmłodszą drużyną :)
Wieczór. Pogoda ładna. Śniegu nie widać . Jesteśmy zapakowani , oddaliśmy przepaki . Teraz taktyczne posiłki wzmacniające , napoje - nawodnienie organizmu . Zostały 2h do startu . Analiza map , planujemy trasę. "A może tędy ? Polećmy przez las , będzie szybciej , tu nie ma zbyt dużej różnicy wysokości" , pojawia się wiele pomysłów , jakieś drobne spory . Na szczęście Paweł - nasz nawigator spranwnie sprowadza nas na ziemię, widząc wiele naszych "skrótów"
Trasa ustalona ! Jest optymizm ! Będzie ekstra ! Tak , A coooooo!! Plan : odrywamy się od Nich polecimy sami z Dawidem , przygoda !! Nie potrzebujemy pomocy starszych, doświadczonych ( czyt. WOSzK Strong ) lecimy na własna rękę .Zrobiło się nerwowo , mówią nam : plan był inny. Lecimy razem .
Takie są ustalenia końcowe .

Godz 21.30
Piwniczna - rynek . Prezentacja zespołów. Czuję że mam w sobie tyle energii że nie wiem co ! Wchodzimy na scenę , zdjęcia . Uśmiechy , radość .
Przed startem rozgrzewka, przepełnia nas euforia ! Dawid coś tam mruczy.....poczekaj poczekaj , zobaczymy czy jutro o tej porze tęż będziesz taki uśmiechnięty . On sam jednak jest wyraźnie zadowolony. Mamy świadomość że będzie ciężko. ALE PO TO TU JESTEŚMY.
Zostawiamy plecaki , zostawiamy rowery . Pierwszy odcinek : 5 km bieg na orientacje.
Dochodzi 22. Przemowa Burmistrza. Wszyscy ustawieni na starcie . Końcowe odliczanie : 10 ....9...6....5....3....2.....1.....

Godz 22.00 Start !!!!!!!!
Wystartowaliśmy , wkoło mnóstwo światełek- aż 60 zespołów , zawodnicy przebiegają pod bramą startową, ciężko odróżnić "swoich" , czołówki , światło czołówek . Wszędzie. Biegniemy za tłumem :) Nawigator jest z nami ! Pierwszy punkt , drugi punkt , idzie coraz ciężej , przebijamy się lasem , chaszcze, lecimy na jakieś wzgórze , nagle polana. Widzimy już tylko kilka ekip . Cała reszta się rozmyła. W końcu to bieg na orientację. Wyjmujemy mapę, tędy dalej pod górę? Nie , nie w dół , jest 3 punkt , punkt 4 , ostatni punkt na moście nad Popradem i z powrotem jesteśmy na rynku w Piwnicznej . 31 miejsce , 0,58h
Etap drugi rowery . Jest 23 . Przejazd na punkt kontrolny 2, Bacówka na Obidzy , podbijamy karty i pędzimy w dół. Tu pierwszy kontakt ze śniegiem. Szosę pokrywa śnieg , miejscami lód. Trzeba uważać. Punkt 3 Bacówka nad Wierchomlą. Efektowny podjazd. 38 km za nami . Jesteśmy. Czuję się świetnie. Jest super . Zmęczenie ... minimalne . Świetnie . Przepak , rowery zostają , tymczasem kije trekingowe w dłoń i napieramy! 24 miejsce 3h 50 .
Teraz treking . Ponad 60 km . Idziemy non-stop cały czas góra-dół . Kiciarz ..... Radziejowa 1266 m.n.p.m . Tam zadanie specjalne. Wejście po siatce komandoskiej i zjazd linowy . Rytro -zamek ...... Podejście na halę Łabowską....... i znów Wierchomla . 23 miejsce . 19h 19 min . Ten czas ...te kilkanaście godzin . Dało się zapamiętać . Nogi - mam odciski , ubranie całę mokre , ciężko mi już logicznie myśleć . Brak snu robi swoje. Działo się .... zgubienie trasy , trochę inne podejście niż planowaliśmy , skrót który nie był skrótem . Jest ciężko . Ostatnie kilka godzin pokazały mi granice... moje granice. Bo kiedy ciało mówi że już nie , a jednak się idzie na przód , się napiera . Dawid ma całkowicie odparzoną nogę . Buty mu przemokły w śniegu . Wszyscy zmagaliśmy się z tym trekingiem . Zmagaliśmy się ze sobą. A teraz , jest wieczór , ciepły posiłek , krótki odpoczynek . Rowery i w dół . Już będzie lepiej . Tylko ta pogoda...... leje , a może sypie , mokry śnieg, zimno . Rozpoczynamy ostatni etap!
Osobiście dla mnie będzie to ciężki etap , wiedziałem że dotrę do mety , za daleko zaszedłem aby teraz odpuścić .Bałem się mrozu , strój mokry , buty mokre a tu dochodzi teraz jeszcze wiatr. Nie było jednak mrozu. Koło zera stopni. Czeka nas zjazd z Wierchomli do Krynicy - bardzo czujny , droga pokryta śniegiem , woda spływa strumyczkami , jest ślisko , wielu rowerzystów zjeżdża koło nas . Kilka krotnie jestem bliski upadku , jadę cały czas skupiony , hamulce jakby nie hamowały zbyt mocno , obydwa zaciśnięte a do tego jeszcze w wielu miejscach trzeba hamować nogą . Opony z kolcami nie zawsze pomagają . Koleiny , ciemno . Raz wywracam się . Potem odcinek po "kocich łbach" , o już gorzej być nie może ! Teraz asfalt , jedziemy , mijają kilometry , jeden , drugi , dziesiąty , dwudziesty , kilometr za kilometrem . Coraz bliżej , podjazd przez wieś Kotowa , naprawdę tak stromego podjazdu nie widziałem . Punkt kontrolny . Już tylko dwa ! Teraz zjazd tą samą drogą , i dalej zjazdy , jesteśmy już bardzo nisko , i dalej w dół . A tu w myślach...że przedostatni punkt , jest tam wysoko w górze , hala Łabowska , wysoko , tymczasem ciągle w dół . W dół , w dół , ojjj będzie podjazd ! Jest droga którą sobie upatrzyliśmy . Jadą z nami jeszcze z dwa- trzy zespoły . Zaczyna się . Podjazd , i tak jak mówili , będzie świetny asfalt . Naprawdę nie do wiary . Droga leśna , już nie widać prawie domów a tu taka nawierzchnia. Powoli posuwamy się pod górę . Śniegu jeszcze nie widać ! A przecież tam na Łabowskiej go tyle było ! To znaczy że jeszcze daleko . Zmęczony jestem , zdarza mi się przysnąć na kierownicy ;) , na szczęście gdy rower zaczyna zjeżdżać z asfaltu orientuję się . W pewnym momencie z chodzimy z rowerów . Zmęczenie . Bez słów , w milczeniu prowadzimy je pod górę . Zakręt , zejście na inny szlak . To znak że już tylko 3 km . Lód na szlaku . Trzeba uważać . Mgła ogranicza widoczność . Przez moment tracimy orientację , oddalam się od drużyny . Dzwoni Dawid
- Benos gdzie ty jesteś ? Zjechałeś tamtą drogą w dół ?
- Tak , bo myślałem że jedziesz przede mną
-Nie ja jestem tam na górze , wracaj , to zła droga
Jest godzina 2 w nocy. Stoję w miejscu wkoło nie widać nikogo . Zastanawiam się co robić . Wracam pospiesznie pod górę , złość we mnie narasta, że przeze mnie stracimy cenne minuty . Są . Więc którędy ? Rozmowa z nawigatorem ; tak jednak dobrze pojechałeś.
Jesteśmy na hali Łabowskiej , stąd już tylko zjazd do Piwnicznej . Oznaczenia : szlak turystyczny. To najlepsza droga. Okazało się że rowery trzeba było sprowadzać , tylny hamulec nie działa , klocki się zdarły. Ale Dawid ma większe zmartwienie: oba hamulce nie działają . Wraz z Jego tatą, Czesławem Studenckim, zmagają się z rowerem . To były ciężkie chwile. Ostatnie takie ciężkie . Teraz przeprawa przez potok , i jest droga ! Można jechać na rowerze , jechać :) Dawid ze swoim tatą jadą na holu. Jeden rower ,drugi holuje.
Jednak już wiem , mam pewność! Jesteśmy ,dotrzemy , wzrasta w nas radość . Piwniczna, rzeka Poprad . Tu ostatni punkt kontrolny. Przeprawa przez rzekę mostem linowym . Po drugiej stronie rzeki , zmęczeni znów wsiadamy na rowery , teraz dochodzi jeszcze ból rąk spowodowany podciąganiem się na linie . 200 metrów , 100 metrów , jest rynek , pusto ,ciemno , nagle kilku ludzi wyskakuje z samochodu , robią zdjęcia , witają Nas .
Tak to już koniec . To już Meta !!
Godz 3.47 23 miejsce . Ponad 29 godzin zmagań non-stop
Jesteśmy skrajnie wyczerpani.Jesteśmy szczęśliwi

Chciałbym podziękować zespołowi naszemu , czyli tak właściwie naszym połączonym zespołom :)
Czesławowi Studenckiemu - za to że poza całym trudem włożonym w zawody był jeszcze naszym kierowcą i odwiózł z powrotem do domu
Pawłowi Zielińskiemu - naszemu nawigatorowi za to że DOTARLIŚMY na metę
Dawidowi Studenckiemu - że mnie w to wciągnął i motywował do treningów
Oraz zespołowi WOSzK Gronik Tomkowi Bartkowiakowi i Andrzejowi Błaszczakowi. Byli mocni , bardzo mocni . Oni zajęli 9 miejsce !
Oraz organizatorom BERGSON WINTER CHALLENGE za wspaniałą imprezę , za niezapomniane przeżycia