sobota, 19 czerwca 2010

13.06.2010 VI Jurajski Półmaraton - o sporcie i duchu

Był to dzień z tych moich "pięknych".  
Pomysł zawodów wziął się stąd iż po "Kieracie" najzwyczajniej w świecie nie miałem co z sobą zrobić
Jak wiadomo ból nóg przechodzi po kilku dniach, odcisków już po tygodniu nie widać, a nieodparta chęć do biegania "długich" , systematycznie z razu na raz wzrasta 
I rzeczywiście, wybór Jurajskiej "połówki" był strzałem w dziesiątkę. Zawody na dobrym poziomie, wielu uczestników, dobra organizacji, pogoda - słoneczna, lekko duszna. 
Wszystko to sprawiło że aż chciało się biec. Od początku chciałem cisnąć w miarę równo, tak na 1:30.00 , tak gdzieś na 200- 250 miejsce. Zegarek wskazywał tempo, 1km - 4:30 , 3km 13:42 itd itd .... teraz biegnąc znów czułem tą radość, uderzając nogami o asfalt, z każdym oddechem, z napięciem mięśni ! Tak lubię to bardzo :) 
Teren był niełatwy, ciągłe podbiegi i zbiegi, brak odcinków prostych, ponad 110 metrów różnicy wzniesień. Wszystko to sprawiło że moje upragnione 1:30 zaczęło się odsuwać. Tak, to był fakt 1:30 było nie do zrealizowania dla mnie w tym dniu. Pobiegłem 1:39:30, miejsce 296, startujących- nie wiem ilu. Ukończyło 1232 osoby. 
Późnij losowanie Hyundaya i30 ( chyba) , wielkie emocje - no .... nic to, dalej jeżdżę cinquecento :) 

A teraz na te zwody tak inaczej, po duchowemu 
21 km - a każdy inny ,a im bliżej mety tym coraz dłuższe, znam to uczucie już z kilku imprez 
W tym sporcie liczy się wytrwałość, bo kilometry najdłuższe są wtedy gdy się już jest najbliżej mety.
I chyba to po to jest wszystko,aby wciąż na nowo uczyć się żyć, i upewniać się że najtrudniej jest tuż przed metą,tuż przed zwycięstwem. Sport sportem - ale Sport musi kształtować ducha, i upewniać go o tym że nie ma sukcesów bez wytrwałości, bez walki do końca i poświęcenia. Sport - chcę aby mnie nauczył żyć. Życie moje - chcę aby choć pewna Twoja część to był Sport


poniedziałek, 7 czerwca 2010

Beatyfikacja Ks. Jerzego Popiełuszki 06.06.2010r.

„Beatyfikacja ks. Popiełuszki, to wielki dar dla wielkiego narodu”

 

 Słowa te skierowane do wiernych podczas uroczystości beatyfikacyjnej, powracały w mej głowie na długo po tym jak już pociąg odjechał z Warszawy Centralnej

Wyjazd do Warszawy – spontaniczny ale i od początku konieczny. Gdy tylko dowiedziałem się o terminie uroczystości wiedziałem że chcę tam być.

Warszawa wita słońcem i ciepłą aurą. Z początku czuje obcość tego miasta. Nie znam go wcale. Przyjaciółka Kinga przyjmuje mnie gościnnie – czeka na mnie na dworcu, później częstuje jajecznicą, odkrywa przede mną zabytki miasta podczas porannego spaceru. Rozstaliśmy się na Placu Piłsudskiego, niestety musiała wracać na uczelnię. Zostałem sam pośród tłumu wiernych niosących flagi i transparenty patriotyczne. Atmosfera wielkiego święta dawała mi się we znaki. Spacerując wokół placu z mapą i przewodnikiem w ręku próbuję znaleźć dogodne miejsce.

Byłem jednak zmęczony po nieprzespanej nocy, słońce i zieleń parku zapraszała do odpoczynku. Usiadłem, zamknąłem oczy, chyba spałem przez chwilę.

Rozbudziłem się słysząc wezwania zbliżającej się Mszy. Podszedłem bliżej, stanąłem pośród gęstego tłumu

Abp Angelo Amato rozpoczął liturgię, łacińskie modlitwy mieszały się z polskimi wezwaniami. Młodzi i starsi, mężczyźni i kobiety, malutkie dzieci i Ci którzy teraz już nie mają sił wcale, którym życie chyli się ku końcowi, wszyscy Ci ludzie zgromadzeni wokół modlili się, dziękując za dar beatyfikacji

Podniosła liturgia, wielka uroczystość. Warto było.

I gdy kiedyś będąc dzieckiem słyszałem nie raz słowa matki i ojca mówiących o pogrzebie księdza, o tym Wielkim człowieku tak bestialsko zamordowanym, o jego posłudze kapłańskiej, tak oto dziś stałem tutaj, wprawdzie samemu bez swoich rodziców i bez członków swej rodziny, ale jakby będąc tu razem z nimi, modliłem się za Ojczyznę i za nas Polaków.

Mamo, Tato dziękuje że nauczyliście mnie Kochać Ojczyznę, uczcie mnie tego dalej