wtorek, 17 grudnia 2013

2013.12.17 POLSKA



Lecz zanim wylądowawszy mogłem zachwycać się Krajem, posmaku Polski już miałem w samolocie

Airbus A330-300
LH435 Chicago-Monachium (Lufthansa, nie LOT, tak że towarzystwo w większości anglo- lub niemiecki języczne)
F (pani, lat około 50) M (jej syn, lat około 30)

// wcale nie z półgłosu, "F" chcę schować bagaż podręczny (jakieś siaty?) w schowkach ponad głową
F : O kur** tu jest pełno, wszyscy się rozpychają swymi kurtami
// chwilę później, F do syna
F : Tu dziewczyny Polskie som!
M : To dryj się mocniej by wszyscy słyszeli
M : Sprawdź lepiej czy paszporty masz

// F jeszcze raz próbuje przekonać syna :
F : to co pogadaj że z nimi
M : cicho, nie znam ich, to co się będę wpierd***, o czym będę gadał?

//F dzwoni do męża (mąż pracuje w USA)
F : Ty coś już chyba wypił Józek
F : Jakieś piwko co? A w kościeleś  był?

i ostatnie (samolot już startuje)
F : Chcesz cukierka do gęby?
M : A jakie są cukierki? Do du**?

Jak się dowiedziałem z późniejszych konwersacji pani F i pana M...Polonia Chicagowska wracała na pogrzeb do Polski. Troszkę to było śmieszne tak ich słuchać, ale takie nasze Polskie, fajne :)
Każdy sobie ma prawo przyklnąć i poseł Tomek Kaczmarek i Polonia, a  coooooo mi tam kur***!

Kilka godzin później zostałem bardzo miło odebrany na lotnisku "Okręcie" przez moją ukochaną i jej rodziców. Poczułem się że jestem w swoim Kraju, w naszej Polsce.

A teraz?
Cieszę się. Widok Wawelu skąpanego w chłodnych promieniach zachodzącego słońca, Kazimierz, Stara Synagoga, Plac Nowy, Zapiekanka, Plac Szczepański, Rynek (jak się dowiedziałem, najpiękniejszy na świecie w.g. LonelyPlanet), asymetryczny kościół Mariacki a za nim Mały Rynek, Planty z nowym pomnikiem Jana Matejki. Cieszę się. Lubię Kraków

Kończę.Do zobaczenia :)


-



wtorek, 20 sierpnia 2013

Witaj WIELKA Ameryko!!

Ameryka brzmi WIELKO. Prawda? Każdy wie że małe to to nie jest.
Co z tą Ameryką?
Jest WIELKA czy też nie?

I o tym będzie ten post.
(Post subiektywny i niepełny zarazem z racji mojego krótkiego dopiero co pobytu).

Moja przygoda z Ameryką zaczęła się tak jak dla większości polaków - w Czikago !
Pięknie się leciało nad WIELKIMI Jeziorami, pięknie widać było linię brzegową Lake Michigan i domki przedmieść z basenami. W końcu samolot gładko usiadł na lotnisku O'hare.
WIELKI Airbus błyskawicznie opustoszał. Gdzie Ci ludzie? Idę prawie-pustymi korytarzami WIELKIEGO airportu - szukam,patrze, nie ma nikogo! Aż tu nagle zza rogu dobiega mnie przyjemny głos : US citizens go to gates 56 and 57....non-citizens here to the right - oznajmia miła pani. I co zobaczyłem? WIELKĄ kolejkę do tzw Customs and Border Protection Office. Przeszedłem - poczekałem - przedstawiłem wizę   (i siebie zarazem.) 
Chwilę później stojąc już zza brakami mogłem wykrzyknąć:  "Jestem w Ameryce!" Oficjalnie. (I dodam że nawet przepuścili mi oscypka podhalańskiego bez oclenia i konkwiskaty. Chociaż produktów zwierzęcych tu wwozić nie wolno.Tak mówią przepisy.)

Po wyjściu z airportu...wsiadam w samochód mojego szefa, i dalej na highway oczywiście ruszamy. Jaki? WIELKI. Wiele pasów - a po pasach WIELKIE samochody pędzą. Patrzę na licznik....mph...mile. To nie Europa, tu nie spytasz nikogo o kilosy na liczniku.

Poźniej było Czikagowskie WIELKIE downtown gdzie budynki takie jak 450m Sears Tower, Hancock Tower, ich nie wiele mniejsze bliźniaki skutecznie przysłaniały niebo. Ale to jest urok tego miasta. Poważnie. Nawet tym którzy najchętniej by nawet 4-piętrowe szeregowe osiedla zrównali z ziemią z powodu ich nienaturalnej wyniosłości, polecam Chicago. Jest WIELKIE wysokością - i ładne, ładne, stylowe po prostu. 
Jackowa nie odwiedziłem już z braku czasu - ale może wiele nie straciłem, gdyż jedna z napotkanych Polek mówiła mi, że wyparli nas stamtąd Meksykanie, i że teraz Polonia żyje w rozproszeniu!?

Po dwóch dniach dotarłem do Oxfordu. Miasteczka, w którego uniwersyteckich murach spędzę kolejnych kilka lat - prawdopodobnie.
W właśnie w tym niewielkim, niewiele większym od Wieliczki skupisku braci studenckiej i profesorów profesji wszelakiej rozgrywać się będzie historia reaktywowanego w tym momencie bloga mojego. Mam zamiar opisywać Wam wydarzenia WIELKIE i małe i takie same doświadczenia oraz rzeczy mnie otaczające.

A teraz do rzeczy przechodząc..... Idę zjeść sobie płatki....i popić mlekiem, bom głodny zwyczajnie.

Takie zwykłe płatki z mlekiem - a jednak WIELKIE zarazem.... Ach ta A. i jej WIELKOŚĆ. 


wtorek, 20 marca 2012

Lodowa Przełecz 17.03.2012r


 Opis 1. Na suchy opis, rzecz biorąc ....

Rano wstaliśmy
Jechaliśmy czas spory.
Później podejście
Mozolne podejście
Dużo śniegu, a wyżej już mniej.
Lodowa Przełęcz. Hmmm ponad 2300
Zjazd. Ładny
Przedzieraliśmy się przez las.
A w lesie... narty nie chcą jechać - płasko
Koniec. Do domu

Opis 2. Opisując .... może zbyt dużo patosu, lub też tak po prostu, od serca.

Przed bladym świtem.
Niespodziewany - Szum budzika, znajome-niechciane dzwięki, brzdęk w uszach, ciepło poduszki i sen przerwany gdzieś w dal ucieka.
Nagły - Świst niespokojnych myśli w głowie. Strzał energii. Wstaję.

Gdy dzień się budził. Brzask
Grające radio polskie przeboje, Budka Suflera, Lady Pank, słyszysz?
Smak cytryny w herbacie, woń krojonego pieczywa i zapach kiełabsy, brzdęk termosu,
Buzująca w żyłach krew, jakby się coś gotowało, jakby miało coś kipieć, jakby serce chciało skakać, a płuca wciągnąć całe powietrze z przyciemnionej przedświtem kuchni
To poranek przed wejściem w przygodę. W Góry. Te poranki kocham najbardziej.
Znasz ten smak adrenaliny.

W ten spokojny poranek.
Warkot silnika, radosne słowa, uciekające za plecy kilometry
Zakopane-Łysa Polana-Jaworzyna-Poczta parking.
I lekki zefirek ciepego powietrza, i promień delikatny słońca pada na nasze twarze.
Zsssów zamków, klaps klamer, stukot butów, zatrzask zamku w samochodzie. Ruszamy.

Wśród wsi śpiącej.
Refleksy słońca spomiędzy gałęzi i domów ,
Refleksy nierównej gładzi lodu pod nogami, ślady traktorów, ślady ludzi i zwięrząt - to Jaworzyna Tatrzańska
Opuszczony szlaban TANAPu, ślady dwa narciarskie gonią się po śniegu.
Śledzone - przez nas. Jednak nie byliśmy pierwśi. I dobrze - bo przetarli

Już teraz.
Już teraz słyszę wyraźnie ciebie, górski potoku,
Już teraz wsłuchuje się w głos lasu o poranku
Już teraz jestem tam, gdziem tylko marzyć bym mógł być.



Jaworowa - Ty nieznana dolino.
Tak długa, pusta, bezludzka.
Pamiętam jak idąc pierwszy raz tędy - bojąc się ciszy i samotności śpiewałem głośno piosenki

Długo lesie gęsty towarzyszysz mej wędrówce, długo rzeko pod nami szumisz, nim zginiesz pod lodem
Idąc myślałem tak wiele. O tobie rzeko, o tobie lesie, o was góry, i o Tobie.



Ponad lasem. 
Słońce wisi wysoko ponad Siedmioma Ryglami
Tam hań w górze widać czwrókę taterników.
A u nas..
Trrrzask, skrzyp, duuuum duuum,
To śnieg tak woła, prażony przez słońce
Stoję na granicy słońca i cienia.
Słońce wkrada się coraz wyżej, śnieg krzyczy. On się broni przed ciepłem.



Pod osłoną skalnych ścian
Chłód i lekki powiew wiatru, kosówki maleją
Drobniutkie punkty w dali doliny widać
Wpierw szerzej, później węziej, stromiej, i wyżej
Zygzaki przecinają zboczę

Arena słońca
Widzę błękit nieba, naglę smuga, kłęby dymu białego
To samolot - tak blisko przelatuje
Niebo się odcina od śniegów doliny.
Łączą je góry strzeliste, zanikające turniami w niebiosach



Znów blask oślepił oczy.
Cienie Granitowych Monumentów już pod nami
Ciepło przenika skórę przez wiatr niesione
Czy to wiosna, czy też przed-wiośnie w Tatrach?
Ciało chłonie ciepło i słońce.

Najstromsze zostawiamy za sobą zakosy
Nastał czas by zdjąć narty.
Widzę góry oblepione białym korzuchem,
Otulone w pieżynę srebrzysto-białych kryształów



Z każdym krokiem odsłaniam horyzont,
Góra za górą się podnosi,
Wtem widzę pola śnieżne rozległe, doliny dno Stawów Spiskich
Siodło Przełęczy pod mymi stopami

Przełęcz.
Sami jesteśmy.
Raz cisza, raz radość naszych głosów,
Raz wiatru słucham, raz opisuję me wrażenia.
Pięknie jest stanąć u celu wycieczki.

Przyszli inni od strony południowej
Ahoj.
Minuty mijały niczym nie zakłócane

Zjazd
A teraz narty mam na nogach,
Klamry mam dopiete mocno
Foki spod nart zdjęte chłodzą me ciało, ukrytę pod koszulką
Kijki już schwycone w 3/4.
Gotowy? Powodzenia mówię, sam dziękuje. Jadę. Jaworową.
Znasz to uczucie prawda ? Jadę.






poniedziałek, 12 marca 2012

Mission : Ironman 70.3 Sieraków

Mission : Ironman 70.3 Sieraków



Rozpoczynam cykl publikacji Mission : Ironman 70.3 Sieraków
Do startu pozostało 68 dni.
Dzisiejszy trening bieganie.
Ustawiłem Garminka na 5 strefę tętna ( >169 ) , miał to być bieg jak najszybszy.
Pogoda : dżdży. około 3stopni. wieczór
Od początku rozgrzewki odczuwam pewny brak zainteresowania ćwiczeniami. Wykonuje ćwiczenia wprawdzie dokładnie ale bez entuzjazmu.
Przed biegiem spaceruje kilka minut aby uregulować puls.
Rozpoczynam bieg. Początek około 3.45/km
Później systematycznie tempo spada. Okrążenie kończę 16.00 (W drugiej części okrążenia czuj lekką kolkę i zacisk w płucach - jakby obręcz na klatce piersiowej) - Czyżbym za szybko zaczął?
Drugie okrążenie, pomimo iż staram się biec szybko kończę z wynikiem 18.58 . Źle się czuję po biegu. Od razu przystaję i nie mam ochoty nawet na rozciąganie.
Nic mnie nie boli. Po kilku minutach wracam do siebie.
Pomimo że minęła już godzina od treningu czuję się wciąż ociężały.
http://connect.garmin.com/activity/157393732

sobota, 8 października 2011

Alpin Sport Tatrzański Bieg pod Górę a.d 2011

Krótko i o sporcie piasane dla Ciebie
Dziś 8go października odbył się 4 Bieg na Kasprowy Alpin Sport
Wystartowałem. Cieszyło mnie to że wśród wespół startujących znaleźli się zarówno moi przyjaciele z firmy: Kasia Strama, Zosia Strama jak i tak dobrzy znajomi Andrzej Michalski i Olaf Wożniak. Nie byłem za dobrze przygotowany do startu, nie trenowałem intensywnie, ale bardzo chciałem pobiec.
Jakbyś rozmawiała ze mną jeszcze przed wakacjami powiedział bym Ci że chcę pobiec poniżej godziny na szczyt ( rekord trasy z 2010r Maćka Bierczaka wynosi 51' 11''), na początku września myślałem już tylko że pobiegnę poniżej 1h 10' a co myślałem przed startem? Mój najlepszy wynik z 2008r wynosił 1h 13' 02'' , w tym roku podczas niestety tylko JEDEGO z DWÓCH treningów jaki odbyłem na Kasprowy udało mi się osiągnąć rezultat 1h 11' 30'' . Jeszcze dziś przed startem liczyłem na lepszy niż ten wynik. Godzina i dziesięć minut chodziła mi po głowie. A wiedz, kilka tygodni temu zaopatrzyłem się w taki zegarko-licznik co to miał mi mówić czy biegnę szybciej czy wolniej niż ja sam. Taki własny trener na-ręczny. Super urządzenie. Liczyłem że z takim wsparciem to musi się udać.
To ja - tuż przy wierzchołku. Ale zdjęcie z zawodów na Kasprowy w 2008r 

Wczoraj okazało się ze spadło dużo śniegu. Pierwszy śnieg na Podhalu tej zimy(jesieni), i to akurat w przed dzień Biegu. Aha! Jak co roku, tak i w tym ... pogoda musiała platać figle( chociaż tu nie jestem pewien, bo być może rok temu było ładnie - nie wiem nie startowałem). Niemniej jednak śnieg spowił świat dzisiejszego poranka, i już ... może nie od startu ale od Kuźnic, po niecałych dwóch kilometrach w nogach, towarzyszył biegaczowi do szczytu. Wystartowałem. Z początku, im podbiegałem wyżej w stronę Kasprowego tym bardziej wierzyłem w wynik 1h 10' jako realny , mój zegarko-licznik pokazywał mi że jestem na "+" i to coraz więcej. Gdy zbliżałem się do Myślenickich Turni (a to już było po czwartym kilometrze - czyli za połową biegu) przeważałem nad sobą samym o blisko minuta trzydzieści. Więc, więc, sekundy jeszcze i by było .... godzinka dzieeesięć. Ale.... Moja droga, biegi górskie,jak być może wiesz ...to dyscyplina w której czas jest względny. I jak można zyskać szybko, tak stracić jeszcze szybciej, bo przecież tylko w Górach, biegnąc pod ostre ścianki, musimy zwolnić tempo niespodziewanie, po chwili aż przechodząc w marsz.A czas płynie bezwzględnie. Siły też czasem "nagle" błyskawicznie opadają. Tak było i ze mną, mój "+" z zapasu jaki miałem zaczął znikać.Byliśmy już dawno ponad piętrem lasu. Zawodnicy mnie poprzedzający wydeptali jedną ścieżkę poprzez te śniegi, ciężko było wyprzedzać. A mówiąc szczerze, gdy się już zabrałem za wyprzedzanie, opuściwszy "bezpieczne" śnieżne wybite klepisko, wbiegłem w puszek, przyspieszyłem robiąc manewr, potykając sie przy tym na osłoniętych białą pierzynką kamieniach i w końcu wróciłem na trakt przed wyprzedzanego zawodnika..... każdorazowo byłem bez sił. Wyprzedzanie dziś było tym, co męczyło najbardziej. Powiem tak, większość drogi od Myślenickich Turni pokonywaliśmy już z innymi zawodnikami niczym barany idące jeden za drugim na pastwisko. Nikt nikogo nie mógł wyprzedzać, a jeszcze się przecież ślizgaliśmy nie mało po śniegu.

W końcu jest wierzchołek Kasprowego, i dzwon! Bo biegnie się "do dzwona". Ostatnie 500metrów (ładnie opisane za pomącą karteczek informacyjnych na trasie) było najgorsze. Nawet lekka zadyka śnieżna muskała nas w odsłonięte części ciał, i chłodziła spocone koszulki, i zatykała nozdrze też.Metry mijały wyjątkowo wolno. Już nikogo nie wyprzedzałem idąc potulnie na szczyt. A czas płynął.
I co? W końcu meta. Jest wynik 1h 13' 34'' . Wynik jest czy nie "wynik"? Tak, jestem lekko zawiedziony. Ale tak leciutko. Bo chciałem "połamać" godzinkę-dziesięć i się nie udało.Ale nie tym się trzeba przejmować przecież. Moi przyjaciele rówież pokończyli bieg w dobrych-ich-czasach i spotkaliśmy się na wierzchołku. Gratulowaliśmy sobie. Jeszcze przyjechali na szczyt ciocia Zostia z Maćkiem Cukrem i Anielką Stramą. Były ich dzieci. To było ważne - spotkać sobie bliskich ludzi, spędzić czas aktywnie na powietrzu.
to był podwód do radości.
Prawda - miejsce i czas są dla mnie bardzo ważne. Ale przecież będzie na to jeszcze okoliczność -jak tylko Bóg zdrowie zachowa, i będę miał w sobie dość silnej woli do treningu. Póki co jednak cieszę się ... spędziłem aktywny, piękny dzień. Moja droga ... chwytaj dzień i szanuj dzień który życie Ci daje, bo każdy z nich jest wyjątkowy i niepowtarzalny. Prawda stara jak świat, ale może nie zaszkodziło ją przypomnieć na koniec ....

http://www.alpinsport.pl/bieg/index.php

wtorek, 31 maja 2011

Przewodnik Tatrzański


Jak to jest już być Przewodnikiem Tatrzańskim?
Jak to było jeszcze nim nie być?
A jak to jest zdawać egzamin przewodnicki, i co robić aby go zdać?
Jakie korzyści płyną z bycia Przewodnikiem Tatrzańskim?

27-29.05.2011r. Piątek. Sobota. Niedziela …….. Piątek,potem sobota,potem niedziela…… Tylko piątek,a może jeszcze sobota, a może jeszcze „dotrę” do niedziel ’nego….. Wkońcu Piątek,Sobota,Niedziela,Minęło. MINĘŁO – a to znaczy że zdałem. TRZY DNI . ZDANE . EGZAMIN PRZEWODNICKIE. PO EGZAMINIE . JESTEM PRZEWODNIKIEM

Jak to było, nie być?
Jak to było, nie być przewodnikiem, i  jak to było chcieć Nim być.
O tym będzie.

Jeszcze miesiąc temu, końcem kwietnia, chaos w tej materii sięgał apogeum. Nie wiedziałem co robić. Uczyć się, czy też nie. Zdążę się nauczyć? Ale przecież ja się wciąż uczyłem, czy oby jednak naprawdę?!  Może, przeglądając moje półki w akademiku , można by do takiego wniosku dojść. Dziesiątki A4-rek z ręcznymi schematami, zapiskami, wynotowaniami, pudełka na tatrzańskie fiszki ręcznie przeze mnie robione, walające się tu i ówdzie mapy oraz przewodniki górskie. Ale czy to była nauka? NIE DOKOŃCA . Albo słowami jednego z moich wykładowców na uczelni „I tak i nie”

Dwa lata wycieczek i wykładów. Było dobrze. Poznać tylu ludzi – na zawsze zostaną w pamięci. Poznawać Tatry – wspaniałe. Uczyć się do egzaminu – to jednak nie to samo

Podstawowe pytanie czy zdąrzę. I jeszcze ważniejsze, co robić by zdążyć?
Tego jeszcze nie wiedziałem. Dojrzewała we mnie coraz silniej myśl,  że jednak chcę to zrobić i tą próbę niełatwą podjąć. Próbę zdania egzaminu i zostania przewodnikiem
Postanowiłem zaryzykować. 
Początek Maja, właściwie długi weekend się kończył(skończył).

Aspekt 1 :
Byłem już  pewien swoich decyzji. Stawiam wszystko na jedną kartę, lub inaczej.:  Wóz albo przewóz.  Uznałem że jedyną drogą by się przygotować do egzaminu to poświęcić wszystko kosztem tego jednego celu  i podjąć największą próbę ciągłej, nieustannej nauki, spośród wszystkich, w moim dotychczasowym życiu.
Studiując na AGH, nie studiowałem na AGH, chodząc na zajęcia, jakbym na nie, nie chodził. Zawsze z mapą , zawsze z notatkami, i pod ławką książka, i przed zajęciami graniówka. Ostatni tydzień w ogólnie nie chodziłem na zajęcia.  Wiedziałem,  że to może być nieco ryzykowne. Zaległości na uczelni szybko wzrastały, a ja wciąż nie miałem najmniejszej pewności czy ta nauka do czegoś prowadzi. Czy ślęczenie dziesiątkami godzin nad mapami, przewodnikami i oczywiście studiowanie WHP przyniesie ten końcowy rezultat w postaci zdanego egzaminu.
Wiedziałem, że w przypadku porażki będzie ciężko „wrócić do normalności”. Zawalony egzamin, zaległości na uczelni.

Aspekt 2 :
Gdy zmęczony po całym dniu szykowałem się do snu, lub też niewyspany próbowałem wstać z łóżka oglądając swoją zmęczoną twarz w lustrze zastanawiałem się nad słusznością tego co robię.
Dla kogo jest „Przewodnik Tatrzański”, czy zdanie tego egzaminu polega na wkuciu tej wiedzy? I hop? I już? A może skoro muszę się tyle uczyć to znaczy że Tatr nie znam, i że nie powinienem być przewodnikiem? Że skoro bym Tatry i Podtatrze dobrze znał to właściwie powinienem „podejść z ulicy” i zdać egzamin? Różne wątpliwości były. Tak sobie jednak myślałem:   „Może i nie znam każdej tatrzańskiej perci, może i nie przeszedłem nawet każdego jeszcze znakowanego szlaku, może i nie wiem również kim był Piotr Borowy oraz kiedy Jakob Fabri Senior zdobył Łomnicę, wiem jednak że Tatry kocham.”
Tatr kochanie to :  – postrzępiona pnąca się hań  pośród obłoków grań skalna, bystra i przeźroczysta woda w potokach, Pluszcz Kordusek skaczący po kamieniach,  halny wiatr spadający w doliny, wschód słońca widziany z wysokiej grani, śnieg leżący na stokach i otulający lasy, twardy i szorstki granit, miękki ciepły kawałek skały wapiennej nagrzanej w słońcu, wodospad, chmura burzowa, śpiew ptaków, kwiaty. To wędrówki z przyjaciółmi, opowieści, historia przeżywana od nowa ,wspomnienia. To mali i wielcy tatrzańscy ludzie:  pogromcy  i zdobywcy Tatr, szerzyciele turystyki, bohaterowie walczący o wolność Polski ,przewodnicy, pasterze, wędrowcy, literaci, naukowcy – to szacunek dla tych ludzi, to pamięć o nich. Wreszcie kochanie Tatr to modlitwa, to bliskość Stwórcy. Bo gdzież jak nie tu, Bóg pokazał nam piękno swego stworzenia takiej pełni?  
Tatry kocham. Byłem tego pewien. Modliłem się do Ojca, mówiąc mu: Daj mi Panie zdać ten egzamin. Dodaj mi się wytrwać w tej nauce.

Czy można Tatry kochać i nie być przewodnikiem? Albo inaczej, czy każdy komu Tatry są bliskie powinien tym przewodnikiem być?
Tak. Można. Bo przecież bliskość Gór, może a nawet powinna być tą bliskością intymną, bez odznak i bez tytułu. I to jest dobre. To jest dobra droga.
Po co więc ja Nim chciałem być?

Dni mijały, dzień za dniem i kolejny. Wiedzy więcej. Uczyłem się i modliłem o Ducha Świętego.
Jednego dnia pojechaliśmy na Wielką Pętle wokół Tatr. 350km, wiele zabytków, długie rozmowy o górach, nauka w terenie. Tego też było trzeba. Hubert,Ewa,Monika – moi drodzy znajomi, i ja, staraliśmy się wspólnie przybliżyć sobie i utrwalić w ten właśnie sposób wiedzę o Górach
Wertując kolejne strony zacząłem zauważać  że nauka daje efekty. Czytając jeden akapit – drugi sobie w myślach dopowiadałem. Oglądając jedną spośród grani, znałem granie dla niej sąsiednie.
Później już weekendami chodziłem w Góry. Ćwiczyłem elementy wspinaczki do egzaminu potrzebne. Pamiętam gdy Hubert  pokazał mi pierwszy raz Jastrzębią Turnię. To tu się odbędzie egzamin – mówił. Ćwiczyliśmy zjazdy, podejścia, przepinki. Wszystko. Ile ja się nauczyłem? Ile on, a ile jeszcze Janek – mój kuzyn który nam towarzyszył kilkakroć. I Przemek którego również raz spotkałem wspólnie z panem ratownikiem z TOPRu. Te właśnie wyjścia „w skały” miały mi dać pewności na egzaminie praktycznym z technik linowych. Tak – to prawda bezpieczeństwo w górach klientów jest bardzo ważne. Techniki te będą przydatne gdy znajdziemy się w ekstremalnej sytuacji. Wspinam się od kilku lat w skałkach. Części z technik wcześniej nie znałem, teraz się będę wspinał, będąc bogatszym o nowe umiejętności.
               
Zostało kilka dni. Nauka- ten maraton, trwał już po kilkanaście godzin dziennie. Bardzo chciałem. Bardzo. Starałem się systematycznie wykluczać możliwe pytania na które nie znał bym odpowiedzi. Uwierz. Dużo robiłem aby się tego nauczyć. Już nadchodziła pora egzaminów. Sprawdzenia siebie samego.
                Pamiętam raz poszedłem na Halę na Stołach „poszukać nowych kwiatków” Nadciągnęła burza. Siedziałem i słuchałem, jak niebo z ziemią rozmawia. Pamiętam jak kilka dni przed egzaminem, na skałkach w lejowej prusikowałem wytrwale po linie, a w dole nad potokiem dwie Pliszki radośnie latały. Pamiętam i Ciebie i Ciebie i Was, którzy we mnie wierzyliście i trzymaliście za mnie kciuki. Pamiętam,  gdy Ojciec zapytywał mnie o egzaminy. Pamiętam piękne oczy mej Matki, patrzącej na mnie z wiarą że mi się uda, wierzącej w sukces – chyba silniej niż ja sam.

NADSZEDŁ czas egzaminów.
Rano na Mszę Świętą. Tak prosić Boga o łaskę tuż przed egzaminem. Tak po prostu. Ostatnie słowa od bliskich.
Podjechał Przemek, wspólnie pojechaliśmy do Zakopanego. Wzięliśmy Huberta. Pojechaliśmy do Kuźnic.Dochodził 9.30. Kilkanaście osób. Kilkunastu moich znajomych. Witamy się. Śmiejemy. Czasem ktoś rzuci jakieś „tatrzańskie pytanie”, ktoś odpowie. Czułem niepokój ale i radość. Wiedziałem że są pośród nas osoby które zdadzą, których wiedza jest ogromna. Wiedziałem że również niestety część z nas odpadnie. Trochę się bałem że „ta bajka” może się dziś dla mnie skończyć źle. Ale nie czas był wtedy na rozmyślanie.
Komisja weszła. Zasiadła. Rozdano testy. Siadam, przy oknie, druga ławka. Jestem gotowy. Pani Iza prosi by nie czytać pytań. Arkusz leży sobie na stole. Rzuca mi się  w oczy hasło „słynna PANORAMA TATRZAŃSKA”, i pytanie skąd wykonana. Odpowiadam sobie w głowie : Nie wiem!
Widzisz, nie jest dobrze ujrzeć na początku coś czego się nie wie. Lecz teraz to już nie ważne. Czas start. 45 minut. To po kolei .Od pierwszego pytania, panorama będzie na później.
Czasem tak mam że się skupię nad czymś maksymalnie. Tak było tym razem. Takich pytań jak to z „panoramą” było kilka, nie wiedziałem. Próbowałem jednak. Pisałem. Później sprawdziłem. Czas się skończył wyszedłem z sali. Test był trudny – tak był bardzo trudny. Stoimy przed budynkiem administracji TPNu , czekamy aż druga grupa skończy pisać. Chcąc  nie chcąc rozwiązujemy wspólnie ze znajomymi test, przypominając sobie z głowy pytania. Liczymy błędne odpowiedzi. Wiele osób wygląda na zasmucone, lub zmęczone. Chyba nie poszło najlepiej? A co ze mną? Nie wiem. Myślę trochę jak Andrzej Faktor, że może się jednak uda. Ale będzie „na granicy” Przemek typuje mnie jednak że zdam. Hubert chyba nie za bardzo wierzy w siebie. Pięknie słońce przygrzewa, opalając nas.
                Później były wyniki. Sala się wypełniła. Wiemy już ze test zdało tylko 8 osób z 24.Komisja odczytuje listę. Po chwili pada moje nazwisko. Zdałem – 46 punktów. Nie wiem co wtedy czułem. Nie pamiętam. Słuchałem kto jeszcze. Hubert – zdał. Andrzej Faktor – zdał. Przemek – niestety zabrakło mu kilku punktów, i jeszcze Szymon,Misiek,Rafał,Marcin Rząsa, Marcin Dziubas.
Przykro mi trochę że wielu moich znajomych nie zdało. W szczególności myślałem wtedy o Wojtku, Monice ,Ewie, Przemku, Magdzie, Ali, Michale, ale chyba smutno po każdym mi było. W końcu przeszliśmy razem te dwa lata i więcej.
                Egzamin ustny – wspólnie z Andrzejem Faktorem poszliśmy  na pierwszy rzut. Szefem komisji pan Józef Michale, przewodnik IVBV, ratowik TOPRu, obok niego pan Jan Roj i jeszcze dr. Janik
Zestaw 31 – pamiętam. Ten właśnie wylosowałem. Czy jak powiem że mi dobrze poszło to wystarczy?
Komisja była zadowolona. Ja także. Rozmawialiśmy o Endemitach, O walnej dolinie Białki, o Małych Pieninach, o Reliktach Polodowcowych. Poznawałem szczyty górskie z panoram w atlasie.
Wszyscy zdaliśmy egzamin ustny. Było nas 8śmiu
                Przychodzę do domu. Ale wtedy było radośnie. Starałem się pohamować tą radość w sobie. Wiedziałem że to dopiero początek, choć nie ukrywam że przed egzaminem najbardziej się obawiałem części ustnej.
Zanosiło się wieczorem na burzę. Ustaliliśmy między sobą że Misiek,Rafał,Andrzej i ja idziemy drugiego dnia „w skały” , reszta na wycieczkę. Rozwinąłem liny, związywałem węzły w pokoju, mocowałem uprzęże, opuszczałem hantelkę z haka pod sufitem, zabezpieczając ja jako pozoranta osoby poszkodowanej w skałach. Było już dawno po północy. Nadciągnęła potężna burza z deszczem.Czytałem konspekt z pierwszej pomocy.
Następnego dnia o 5.50 wyjechałem z domu. Wciąż mrzyło, było mokro i pochmurnie. Prosiłem Andrzeja  by przed samym egzaminem iść na Jastrzębią i przećwiczyć wszystko jeszcze raz. Jędruś swoim doświadczeniem i umiejętnościami przekazał mi ostatnie ważne wskazówki, ucząc mnie jeszcze kilku małych ale ważnych szczegółów. O 9.00 spotkaliśmy się pod ośrodkiem muzealnym TPN.
Dwie komisje. My na skałki. Oni na metodykę.
Rozpoczęło się wspinanie. Nie było łatwo. Chyba każdy z nas popełniał drobne błędy. Komisja była bardzo skrupulatna. Patrzyła na każdy techniczny aspekt wykonywania przez nas zadań linowych. Rozlało się, przyszła burza. Wykonywałem swoje zadania strugach deszczu. Nie było mi łatwo.
Począwszy od przejścia poręczówki popełniałem wciąż drobne błędy, z których komisja nie była zadowolona. Zjazd w kluczu oraz zakładanie punktów – wykonałem dobrze. Mówili mi jednak że jestem na granicy zaliczenia. Że się  wachają. Miałem jeszcze azymuty wyznaczać. Wyszły. Ten w terenie – bardzo precyzyjnie. Ten na mapie- hmmmm, pomyłka o 25 stopni.Ale przecież teren był nie równy i mi igła kompasu odjechała,prawda? Komisja dalej nie wiedziała co ze mną zrobić. Byłem w dziwnym nastroju. Deszcz lał nieprzerwanie.
Ostatni wykonywał zadania Misiek, przy ulewie ogromnej dosłownie. Służyłem mu za pozoranta. Komisja pod spodem. Ale czy zaliczyłem? Zjechaliśmy w dół ze ściany z Michałem. Poprosili nas – Michał, zaliczone. Ja – w końcu pan Józef powiedział że też mam zaliczone. Super! Teraz już nie czułem zimna i deszczu. Później jeszcze pierwsza pomoc u doktora Janika. Było dobrze. Nawet mnie pochwalił odrobinę.
A więc drugi dzień zdany? Na to wygląda. Niestety Andrzej odpadł. Znał wszystko to doskonale. Też jak i my popełniał drobne błędy. Okazało się jednak że o jeden za dużo.
To samo. W domu rodzice i rodzina bardzo zadowoleni. Okazuje się ze na metodyce odpadły też dwie osoby. Marcin Rząsa i Marcin Dziubas. Zostało nas 5.
Hmmm. Cieszyłem się bardzo że już tak daleko jestem, ale chciałem dojść do końca. Chamowałem radość, postanowiłem się uczyć długie godziny jeszcze. Bardzo mi zależało
Chyba koło 2 w nocy poszedłem spać. Rano znów wczesna pobudka, spakowałem jeszcze torbę podróżną i laptop. Po egzaminie miałem jechać do Krakowa, na praktyki z Geologii Inżynierskiej. Miałem tam jechać niezależnie od wyniku oczywiście. Myślałem jak to będzie jeżeli by się jednak nie udało. Tak – owszem duży sukces już był. Jednak to nie to co chciałem.
Przywitała nas komisja pod przewodnictwem pana Lasoty.Już dzień wcześniej mówili wszyscy że jest bardzo wymagający. Był jeszcze pan Rajmund Starzyk i pan z Krakowa.
Staliśmy pod TPNem. Rozpocząłem egzamin. Przywitałem grupę. Przedstawiłem się, zapowiedziałem trasę. Cz to nie było w czymś podobne do mojej pracy pilota wycieczek u STRAMY, tak tak …. ten wstęp już z skądś znałem. Dalej rozpoczął się egzamin właściwy. Szedłem z panem Lasotą, zadawał mi najróżniejsze pytania. Dużo o sztuce( z której nie jestem jednak asem), dużo z historii – te były moje ulubione, z topografii i ekosystemów, i z kwiatków( o i tu też paru nie znałem). Nie odróżniłem też Sosny Czarnej od Zwyczajnej ! Bardzo dużo odpowiedziałem. Naprawdę teraz zacząłem doceniać swoją wiedzę którą miałem. Jednak Ci artyści współcześni i ta sosna nie dawały mi spokoju. Egzamin u pana Rajmuda i u pana z Krakowa przebiegł bardzo dobrze. Wydaje mi się że odpowiedziałem na każde zagadnienie. Widzisz – w tym egzaminie wiedza była sprawdzana tak fest, w sposób ogólny. Trzeba było po prostu umieć – czułem teraz że nauka nie poszła na marne.
Na dole w Kuźnicach, gdy już zeszliśmy z Nosala, zapytałem czy mógłbym się nieco wcześniej zwolnić i jechać na praktyki. Komisja się zgodziła. Jeszcze werdykt.
Zdałem.
Zdałem – dźwięczało mi w uszach.
Uśmiech na twarzy. Taki pełny już. Podziękowałem. Pożegnałem się z chłopakami, oni jeszcze mieli trochę do dokończenia pytań.
Chyba wpierw podziękowałem Panu Bogu. Tak – bardzo się cieszyłem. Podskakiwałem sobie. Minąłem zajezdnie busów w Kuźnicach.
Dzwonię do Mamy. Mama jest chora na raka. Odbiera telefon – w głosie słyszę nadzieję. Mamo „jest blacha” – to potoczne określenie odznaki przewodnickiej, później jeszcze raz powtarzam że zdałem. Słyszę tą radość w Jej głosie.

Mamo, Tobie dedykuje przede wszystkim ten egzamin, tą „blachę” . Mamo – to przedewszystim dla Ciebie tak bardzo chciałem zdać ten egzamin. Tobie składam na ręce cały wysiłek, chciałem Ci właśnie w ten sposób sprawić radość. Dla Ciebie

Dzwonię do Taty,piszę wiadomości do bliskich.
To już po wszystkim teraz. Jestem Przewodnikiem Tatrzańskim
Dziękuje Wam wszystkim którzy we mnie wierzyliście, trzymaliście kciuki. I Wam wszystkim chciał bym również zadedykować ten mój sukces. Dzięki !!



I już na koniec.
Odpowiem na ostatnie pytanie które postawiłem w temacie.
Jakie korzyści płyną z bycia przewodnikiem, i po co mam nim teraz być ?
Jaka ma być moja misja?
Powiem o moich celach. O pragnieniach które wypływają z tego.
Chcę być Przewodnikiem który będzie uczył gór kochania,
Chcę być Przewodnikiem które będzie troszczył się o ludzi,
Chcę być Przewodnikiem który będzie potrafił dać więcej z siebie niż otrzyma
Chcę być Przewodnikiem który będzie potrafił iść,pomóc,opowiedzieć,pokazać – czasem jeżeli zajdzie taka potrzeba nie chcąc nic w zamian za to
Chcę być Przewodnikiem który pokaże Góry najpiękniej jak tylko potrafi.

poniedziałek, 10 stycznia 2011

2011.01.08 - Chopok 2024 m.n.p.m

Tym razem z krótka opiszę wycieczkę kursu przewodników w Tatry Niskie do doliny Demianowskiej, więc do roboty !
Zacznę może nieco smutnawo, kurs przewodnicki dobiega końca. Lada dzień będziemy się żegnać ze sobą, co po niektórzy podejdą do egzaminu wewnętrznego, co po niektórzy go nawet zdadzą ! Tak czy inaczej, piękny czas - 2 lat wspólnie spędzonych na górskich szlakach i w salach wykładowych słuchając opowieści o przyrodzie,topografii i historii naszej Górskiej krainy dobiega końca

Wycieczka w Tatry Niskie do Doliny Demianowskiej miała stanowić takie nasze wspólne zakończenie tego epizodu! Plan zakładał nocleg w sercu doliny - w ośrodku Lucky a następnie wypady na skitourach w Góry.
Kursanci wyjechali  7 stycznia o 17.30, autor niestety w tym czasie - pracował na stoku ucząc Ruskie Rybiątka jazdy na nartach. Tak, tak pracowałem ,chociaż... będąc skrupulatnym.... byłem wtedy już dopiero co po pracy.
Spóźniłem się - ale świadomie. Magda nasza szanowna koleżanka-starościna kursu jechała później autem.
Wspólnie z Magdą, Anią i Kamilem ( Kluską) dotarliśmy do Lucek o północy. Ohhhh jaka tam była już świetna zabawa! Wierzcie mi iż kursanci bawili się wyjątkowo spontanicznie, wyjątkowo wesoło, było też wyjątkowo atrakcyjnie - jeśli chodzi o trunki. Skakaliśmy, przeplataliśmy się, ugniataliśmy tapczany i wystukiwaliśmy rytmy muzyki na suficie bungalow'u nr 22. Przy dźwiękach muzyki, spokojnej czy to szaleńczej, przytulańczej czy też rock'n'rollowej bawili(śmy) się do wczesnych godzin przed świtowych.
Nasz kolega Tadek z Kościelisk świętował urodziny.
Muszę uczciwie tu przyznać że nie dotrzymałem do końca. Uchyliłem kroku z 22jki już około drugiej.

Nazajutrz o 9.30 stawili się wszyscy w komplecie i pełni energii przed stołówką. O dziwo! nikt nie skarżył się nawet na lekki ból głowy nie mówiąc już o innych symptomach-wspomnień takich wspaniałych wczorajszych przeżyć. Nasi przewodnicy - Edek Lichota, Jan Roj Junior i Peter-słowacki przewodnik, byli gotowi aby wprowadzić nas w Góry. Sprawdziliśmy sprzęt lawinowy, dopieliśmy plecaki, spoglądaliśmy nieco nerwowo czy aby to na pewno wszystko wzięte. Przecież to bez fok do nart czy raków ani rusz! I jak by tu sobie radzić w Górach?

Wyruszamy skibusem w stronę Grand Hotelu Jasna
Zacytuję mój notatnik terenowy: O godzinie 9.54 dnia 08.01 siedzimy w busie Skibus Free Jasna! Jest wesoło, za chwilkę rozpoczniemy przejazd do GrandHotelu Jasna, skąd wyruszymy na naszą Ski-Tourową wyprawę na Chopok (....) ,po wczorajszej nocy dziś rano wszyscy wstali i poszli na stołówkę na parówczki! A więc rozpoczynamy naszą kolejną przygodę
Powtarzałem się? Tak,tak - właściwie nic tu z tej notatki odkrywczego się nie dowiedzieliście. Doceńcie wagę iż pisałem ją z samego rana.

Przeszliśmy obok jakiegoś ośrodka wczasowego, minęliśmy jakieś jezioro ... Vrbickie Pleso tak mi się zdaje.
Kolor szlaku - żółty. Nie pamiętam za dużo szczegółów. Miałem luki w pamięci
Szlak wiódł lasem, śniegu mało, cetyna wystawała na każdym kroku spod tej śnieżne breji. Po kilku minutach przekraczamy potok wąskim śnieżnym mostkiem. Udało się wszystkim przejść ten pierwszy odcinek specjalny. Szlak wspinał się reglem dolnym i górnym, powietrze górskie dodawało sił do marszu na nartach.Nie raz przy omijaniu wystających korzeni, wspinaniu się na prożki skalno- gruntowe, zaokrąglaniu stromych podejść turysta-kursant męczył się. Minęła godzina marszu, las zrzedł, żleb wiodący na Przełęcz Polana stawał się coraz bardziej oczywisty, woda już nie płynęła korytem. Wtem spostrzegliśmy że jesteśmy ponad lasem aż dech w piersiach zapierało. Cóż to był za widok! Za naszymi plecami roztaczał się widok wspaniały, jakiego me oczy wcześniej nie oglądały - Tatry Zachodnie od strony Tatr Niskich.
Oczywiście są widoki i scenerie piękniejsze, zrozum jednak czytelniku - iż Ten widok widziałem raz pierwszy i sprawiał mi ogromną satysfakcję.


Pnąc się dalej w górę, raz po raz obracałem się przez ramie doglądając to kolejnych wierzchołków odsłaniających się zza doliny Demianowskiej.
Przed samą przełęczą zatrzymaliśmy się, musieliśmy odetchnąć, odpocząć, doglądać żlebu którym można było jedynie zdobyć to siodło. Był stromy! Jak na Świnicką Przełęcz w Tatrach. Spróbowaliśmy zakosami, piętki w nartach unieśliśmy na najwyższe ułożenie, foki pracowały jak mogły, ale i to nie wystarczyło, bo było zbyt stromo. Teraz - zatrzymując naszą 35osobową grupę na śnieżnej półeczce - na komendę przewodników, założyliśmy raki.
Chwilkę później cieszyliśmy się przełęczą - stojąc koło rozdroża szlaków próbując wpatrywać się w krajobraz... i tylko ten zimny wiatr i mgła spowijająca świat dookoła kazały nam myśleć o dalszej drodze i nie stać zbyt długo w miejscu



Wyruszyliśmy szlakiem grani w kierunku Dereszów - piękne te wierzchołki, przypominały mi odcinek szlaku z Kopy Kondrackiej na Kasprowy. Skaliste - granitowe bloki, i nawisy wysuwające się nad Demianowską Dolinę, i chmury pod nami. Idąc granią nuciłem sobie śpiewkę Kamila Kluski - góralska melodia śpiewała : Na wysokiej perci kozicka się kręci, kozicko nie kręćsa strzelem ci do serca. Kluska zabawiał nas swoim radosnym podejściem do życia cały czas! Przejście przez główny wierzchołek Dereszów (2004 m.n.p.m) zapamiętałem jako ciekawy zjazd narciarski z fokami pod nartą, między skałami, po wywianym śniegu zjeżdżaliśmy ostrożnie. Oj nie łatwo tak manewrować. Dlaczego nie zdjęliśmy fok - pytać by można. Bo to krótki zjazd i dalej znów było podejście - odpowiadam. Tak czy inaczej - w fokach zjazd - nie jest łatwy.


W końcu wierzchołek Chopoka. Jesteśmy w schronisku Kamienna Chata - po takiej wyrypie należał się mały wypoczynek. Wypiliśmy po piwie, byłem gotowy do zjazdu.
Na samiućkim wierzchołku, tuż obok stacji meteorologiczno-nadawczej wciąż utrzymywała się gęsta mgła. Reszt odjechała. Zostaliśmy na końcu sami w trójkę. Kluska, Michał( ten od wyprawy na Wildspitze) i ja. Bo my smarowaliśmy narty smarem coby szybciej jechały!
Nie posmarujesz - nie pojedziesz jak to się przecież mówi powiedzenie instruktorskie :)
Ruszyliśmy w dół, wiatr rozwiewa włosy i zartost na twarzy, kosówki śmigają po goleniach, mokry śnieg rozsypuje się po nartach - parę chwil i już jesteśmy przy pierwszej ze stacji kolejki( tej górnej). Tak tak - sama kolejka nie dojeżdża na wierzchołek. Nasi przewodnicy doradzają nam co dalej robić, gdzie jechać. Wybieramy opcję na Zahradziska. Jedziemy dużą dwudziestokilku osobową grupą, niespodziewanie Marcin, Madga(starościna)  i Madzia skręcają ostro do lewej. Co się dzieje, co oni kombinują? Czyżby jakiś stromszy przejazd? Tylko na to czekałem - oddzielam się i ja od grupy i mknę za nimi. Okazało się że wjechaliśmy w piękny żlebek wiodący poza trasami, cóż za przyjemność zjazdu nim, zwęża się to rozszerza, to ustramia i nagle koniec ! Znów jesteśmy na trasach. Marcin znał już ten przejazd wcześniej. To był moment kulminacyjny ! Szerokimi trasami   Chopoka dojeżdżamy do Zachradzisk. Tras jest ponad  35km, naprawdę dużo. Wybieramy warianty które pewnie doprowadzą do samego dołu. Wprawdzie śniegu nie brakuje na stokach, jednak lód - jak to na ogół bywa na trasach daje się we znaki. Ojj daje się we znaki!! Bo krawędzie nart tourowych - to co najmniej okrągłe. Dziwnie się czułem próbując "chwytać" krawędź na lodzie, nie dawałem rady, ślizgało mnie i raz padłem dotkliwie !

Poniżej wyciągów spotykamy się wszyscy razem. Cóż za radość i uśmiechy widać na twarzach kursantów. Wymieniamy się pozytywnymi uwagami o tym zjeździe. Ponad 1000m deniwelacji, co najmniej kilka kilometrów zjazdu, i tylko czuć to delikatne mrowienie w udach, to czworogłowe mówią że są lekko już wymęczone jazą! Ekstra !
Warto, oż warto podchodzić na nartach, warto piąć się w górę by doświadczyć przyjemności zjazdu
Stąd wracamy skibusem do Lucek. Kluska i Marcin proponują na dobitkę, nie korzystać ze skibusa lecz pojechać do ośrodka lasem. Magdy i Ja  podchwytujemy pomysł. Zaczyna się ściemniać, w lesie śniegu mało, kamienie wystają lokalnie. Chyba każdy z nas puszcza czasem sznur iskierek spod nart podczas tego przejazdu. Pozostanie pewnie jakaś rysa w ślizgu. No cóż.
Dojechaliśmy - dochodzi 17.00. O 17.30 kolacja. Siedzimy w domku nr.12 . Wojtek z radością otwiera butelkę półsłodkiego wina rozlewając je każdemu z mieszkańców. Jest nas 6, Tadek - ten świętujący urodziny, Marcin - ten od zjazdu żlebem, Wojtek - czyli najlepszy znawca historii narciarstwa na Podhalu, Marysia i Łukasz (moi serdeczni znajomi z zespołu Skalnych). Popijamy wino, zjadamy owoc Pamelię ( pierwszy raz to jadłem - pyszne. Dzięki Marysiu) A tu skoki w Harachovie w telewizji! Leć Adaś leć! Wojtek opowiada nam o skoczkach. Małysz był trzeci. Myślę że nasz doping mu się przydał.

Tak dobiegł końca mój wyjazd. Nie zdążyłem zjeść kolacji czego żałuje. Widziałem tylko te smakowite Owcze Sery na talerzach. Michał i Przemek już wyjeżdżali do Polski, jechałem z nimi.
Nasi przyjaciele zostali by świętować dalej zakończenie kursu !
Było warto. Ciekawe co się działo drugiego dnia?
Może ktoś dopiszę drugą część opowieści.... ?