poniedziałek, 10 stycznia 2011

2011.01.08 - Chopok 2024 m.n.p.m

Tym razem z krótka opiszę wycieczkę kursu przewodników w Tatry Niskie do doliny Demianowskiej, więc do roboty !
Zacznę może nieco smutnawo, kurs przewodnicki dobiega końca. Lada dzień będziemy się żegnać ze sobą, co po niektórzy podejdą do egzaminu wewnętrznego, co po niektórzy go nawet zdadzą ! Tak czy inaczej, piękny czas - 2 lat wspólnie spędzonych na górskich szlakach i w salach wykładowych słuchając opowieści o przyrodzie,topografii i historii naszej Górskiej krainy dobiega końca

Wycieczka w Tatry Niskie do Doliny Demianowskiej miała stanowić takie nasze wspólne zakończenie tego epizodu! Plan zakładał nocleg w sercu doliny - w ośrodku Lucky a następnie wypady na skitourach w Góry.
Kursanci wyjechali  7 stycznia o 17.30, autor niestety w tym czasie - pracował na stoku ucząc Ruskie Rybiątka jazdy na nartach. Tak, tak pracowałem ,chociaż... będąc skrupulatnym.... byłem wtedy już dopiero co po pracy.
Spóźniłem się - ale świadomie. Magda nasza szanowna koleżanka-starościna kursu jechała później autem.
Wspólnie z Magdą, Anią i Kamilem ( Kluską) dotarliśmy do Lucek o północy. Ohhhh jaka tam była już świetna zabawa! Wierzcie mi iż kursanci bawili się wyjątkowo spontanicznie, wyjątkowo wesoło, było też wyjątkowo atrakcyjnie - jeśli chodzi o trunki. Skakaliśmy, przeplataliśmy się, ugniataliśmy tapczany i wystukiwaliśmy rytmy muzyki na suficie bungalow'u nr 22. Przy dźwiękach muzyki, spokojnej czy to szaleńczej, przytulańczej czy też rock'n'rollowej bawili(śmy) się do wczesnych godzin przed świtowych.
Nasz kolega Tadek z Kościelisk świętował urodziny.
Muszę uczciwie tu przyznać że nie dotrzymałem do końca. Uchyliłem kroku z 22jki już około drugiej.

Nazajutrz o 9.30 stawili się wszyscy w komplecie i pełni energii przed stołówką. O dziwo! nikt nie skarżył się nawet na lekki ból głowy nie mówiąc już o innych symptomach-wspomnień takich wspaniałych wczorajszych przeżyć. Nasi przewodnicy - Edek Lichota, Jan Roj Junior i Peter-słowacki przewodnik, byli gotowi aby wprowadzić nas w Góry. Sprawdziliśmy sprzęt lawinowy, dopieliśmy plecaki, spoglądaliśmy nieco nerwowo czy aby to na pewno wszystko wzięte. Przecież to bez fok do nart czy raków ani rusz! I jak by tu sobie radzić w Górach?

Wyruszamy skibusem w stronę Grand Hotelu Jasna
Zacytuję mój notatnik terenowy: O godzinie 9.54 dnia 08.01 siedzimy w busie Skibus Free Jasna! Jest wesoło, za chwilkę rozpoczniemy przejazd do GrandHotelu Jasna, skąd wyruszymy na naszą Ski-Tourową wyprawę na Chopok (....) ,po wczorajszej nocy dziś rano wszyscy wstali i poszli na stołówkę na parówczki! A więc rozpoczynamy naszą kolejną przygodę
Powtarzałem się? Tak,tak - właściwie nic tu z tej notatki odkrywczego się nie dowiedzieliście. Doceńcie wagę iż pisałem ją z samego rana.

Przeszliśmy obok jakiegoś ośrodka wczasowego, minęliśmy jakieś jezioro ... Vrbickie Pleso tak mi się zdaje.
Kolor szlaku - żółty. Nie pamiętam za dużo szczegółów. Miałem luki w pamięci
Szlak wiódł lasem, śniegu mało, cetyna wystawała na każdym kroku spod tej śnieżne breji. Po kilku minutach przekraczamy potok wąskim śnieżnym mostkiem. Udało się wszystkim przejść ten pierwszy odcinek specjalny. Szlak wspinał się reglem dolnym i górnym, powietrze górskie dodawało sił do marszu na nartach.Nie raz przy omijaniu wystających korzeni, wspinaniu się na prożki skalno- gruntowe, zaokrąglaniu stromych podejść turysta-kursant męczył się. Minęła godzina marszu, las zrzedł, żleb wiodący na Przełęcz Polana stawał się coraz bardziej oczywisty, woda już nie płynęła korytem. Wtem spostrzegliśmy że jesteśmy ponad lasem aż dech w piersiach zapierało. Cóż to był za widok! Za naszymi plecami roztaczał się widok wspaniały, jakiego me oczy wcześniej nie oglądały - Tatry Zachodnie od strony Tatr Niskich.
Oczywiście są widoki i scenerie piękniejsze, zrozum jednak czytelniku - iż Ten widok widziałem raz pierwszy i sprawiał mi ogromną satysfakcję.


Pnąc się dalej w górę, raz po raz obracałem się przez ramie doglądając to kolejnych wierzchołków odsłaniających się zza doliny Demianowskiej.
Przed samą przełęczą zatrzymaliśmy się, musieliśmy odetchnąć, odpocząć, doglądać żlebu którym można było jedynie zdobyć to siodło. Był stromy! Jak na Świnicką Przełęcz w Tatrach. Spróbowaliśmy zakosami, piętki w nartach unieśliśmy na najwyższe ułożenie, foki pracowały jak mogły, ale i to nie wystarczyło, bo było zbyt stromo. Teraz - zatrzymując naszą 35osobową grupę na śnieżnej półeczce - na komendę przewodników, założyliśmy raki.
Chwilkę później cieszyliśmy się przełęczą - stojąc koło rozdroża szlaków próbując wpatrywać się w krajobraz... i tylko ten zimny wiatr i mgła spowijająca świat dookoła kazały nam myśleć o dalszej drodze i nie stać zbyt długo w miejscu



Wyruszyliśmy szlakiem grani w kierunku Dereszów - piękne te wierzchołki, przypominały mi odcinek szlaku z Kopy Kondrackiej na Kasprowy. Skaliste - granitowe bloki, i nawisy wysuwające się nad Demianowską Dolinę, i chmury pod nami. Idąc granią nuciłem sobie śpiewkę Kamila Kluski - góralska melodia śpiewała : Na wysokiej perci kozicka się kręci, kozicko nie kręćsa strzelem ci do serca. Kluska zabawiał nas swoim radosnym podejściem do życia cały czas! Przejście przez główny wierzchołek Dereszów (2004 m.n.p.m) zapamiętałem jako ciekawy zjazd narciarski z fokami pod nartą, między skałami, po wywianym śniegu zjeżdżaliśmy ostrożnie. Oj nie łatwo tak manewrować. Dlaczego nie zdjęliśmy fok - pytać by można. Bo to krótki zjazd i dalej znów było podejście - odpowiadam. Tak czy inaczej - w fokach zjazd - nie jest łatwy.


W końcu wierzchołek Chopoka. Jesteśmy w schronisku Kamienna Chata - po takiej wyrypie należał się mały wypoczynek. Wypiliśmy po piwie, byłem gotowy do zjazdu.
Na samiućkim wierzchołku, tuż obok stacji meteorologiczno-nadawczej wciąż utrzymywała się gęsta mgła. Reszt odjechała. Zostaliśmy na końcu sami w trójkę. Kluska, Michał( ten od wyprawy na Wildspitze) i ja. Bo my smarowaliśmy narty smarem coby szybciej jechały!
Nie posmarujesz - nie pojedziesz jak to się przecież mówi powiedzenie instruktorskie :)
Ruszyliśmy w dół, wiatr rozwiewa włosy i zartost na twarzy, kosówki śmigają po goleniach, mokry śnieg rozsypuje się po nartach - parę chwil i już jesteśmy przy pierwszej ze stacji kolejki( tej górnej). Tak tak - sama kolejka nie dojeżdża na wierzchołek. Nasi przewodnicy doradzają nam co dalej robić, gdzie jechać. Wybieramy opcję na Zahradziska. Jedziemy dużą dwudziestokilku osobową grupą, niespodziewanie Marcin, Madga(starościna)  i Madzia skręcają ostro do lewej. Co się dzieje, co oni kombinują? Czyżby jakiś stromszy przejazd? Tylko na to czekałem - oddzielam się i ja od grupy i mknę za nimi. Okazało się że wjechaliśmy w piękny żlebek wiodący poza trasami, cóż za przyjemność zjazdu nim, zwęża się to rozszerza, to ustramia i nagle koniec ! Znów jesteśmy na trasach. Marcin znał już ten przejazd wcześniej. To był moment kulminacyjny ! Szerokimi trasami   Chopoka dojeżdżamy do Zachradzisk. Tras jest ponad  35km, naprawdę dużo. Wybieramy warianty które pewnie doprowadzą do samego dołu. Wprawdzie śniegu nie brakuje na stokach, jednak lód - jak to na ogół bywa na trasach daje się we znaki. Ojj daje się we znaki!! Bo krawędzie nart tourowych - to co najmniej okrągłe. Dziwnie się czułem próbując "chwytać" krawędź na lodzie, nie dawałem rady, ślizgało mnie i raz padłem dotkliwie !

Poniżej wyciągów spotykamy się wszyscy razem. Cóż za radość i uśmiechy widać na twarzach kursantów. Wymieniamy się pozytywnymi uwagami o tym zjeździe. Ponad 1000m deniwelacji, co najmniej kilka kilometrów zjazdu, i tylko czuć to delikatne mrowienie w udach, to czworogłowe mówią że są lekko już wymęczone jazą! Ekstra !
Warto, oż warto podchodzić na nartach, warto piąć się w górę by doświadczyć przyjemności zjazdu
Stąd wracamy skibusem do Lucek. Kluska i Marcin proponują na dobitkę, nie korzystać ze skibusa lecz pojechać do ośrodka lasem. Magdy i Ja  podchwytujemy pomysł. Zaczyna się ściemniać, w lesie śniegu mało, kamienie wystają lokalnie. Chyba każdy z nas puszcza czasem sznur iskierek spod nart podczas tego przejazdu. Pozostanie pewnie jakaś rysa w ślizgu. No cóż.
Dojechaliśmy - dochodzi 17.00. O 17.30 kolacja. Siedzimy w domku nr.12 . Wojtek z radością otwiera butelkę półsłodkiego wina rozlewając je każdemu z mieszkańców. Jest nas 6, Tadek - ten świętujący urodziny, Marcin - ten od zjazdu żlebem, Wojtek - czyli najlepszy znawca historii narciarstwa na Podhalu, Marysia i Łukasz (moi serdeczni znajomi z zespołu Skalnych). Popijamy wino, zjadamy owoc Pamelię ( pierwszy raz to jadłem - pyszne. Dzięki Marysiu) A tu skoki w Harachovie w telewizji! Leć Adaś leć! Wojtek opowiada nam o skoczkach. Małysz był trzeci. Myślę że nasz doping mu się przydał.

Tak dobiegł końca mój wyjazd. Nie zdążyłem zjeść kolacji czego żałuje. Widziałem tylko te smakowite Owcze Sery na talerzach. Michał i Przemek już wyjeżdżali do Polski, jechałem z nimi.
Nasi przyjaciele zostali by świętować dalej zakończenie kursu !
Było warto. Ciekawe co się działo drugiego dnia?
Może ktoś dopiszę drugą część opowieści.... ?

1 komentarz:

Tapczan pisze...

Piękna sprawa! :)
To już dwa lata! Ale to leci...