wtorek, 31 maja 2011

Przewodnik Tatrzański


Jak to jest już być Przewodnikiem Tatrzańskim?
Jak to było jeszcze nim nie być?
A jak to jest zdawać egzamin przewodnicki, i co robić aby go zdać?
Jakie korzyści płyną z bycia Przewodnikiem Tatrzańskim?

27-29.05.2011r. Piątek. Sobota. Niedziela …….. Piątek,potem sobota,potem niedziela…… Tylko piątek,a może jeszcze sobota, a może jeszcze „dotrę” do niedziel ’nego….. Wkońcu Piątek,Sobota,Niedziela,Minęło. MINĘŁO – a to znaczy że zdałem. TRZY DNI . ZDANE . EGZAMIN PRZEWODNICKIE. PO EGZAMINIE . JESTEM PRZEWODNIKIEM

Jak to było, nie być?
Jak to było, nie być przewodnikiem, i  jak to było chcieć Nim być.
O tym będzie.

Jeszcze miesiąc temu, końcem kwietnia, chaos w tej materii sięgał apogeum. Nie wiedziałem co robić. Uczyć się, czy też nie. Zdążę się nauczyć? Ale przecież ja się wciąż uczyłem, czy oby jednak naprawdę?!  Może, przeglądając moje półki w akademiku , można by do takiego wniosku dojść. Dziesiątki A4-rek z ręcznymi schematami, zapiskami, wynotowaniami, pudełka na tatrzańskie fiszki ręcznie przeze mnie robione, walające się tu i ówdzie mapy oraz przewodniki górskie. Ale czy to była nauka? NIE DOKOŃCA . Albo słowami jednego z moich wykładowców na uczelni „I tak i nie”

Dwa lata wycieczek i wykładów. Było dobrze. Poznać tylu ludzi – na zawsze zostaną w pamięci. Poznawać Tatry – wspaniałe. Uczyć się do egzaminu – to jednak nie to samo

Podstawowe pytanie czy zdąrzę. I jeszcze ważniejsze, co robić by zdążyć?
Tego jeszcze nie wiedziałem. Dojrzewała we mnie coraz silniej myśl,  że jednak chcę to zrobić i tą próbę niełatwą podjąć. Próbę zdania egzaminu i zostania przewodnikiem
Postanowiłem zaryzykować. 
Początek Maja, właściwie długi weekend się kończył(skończył).

Aspekt 1 :
Byłem już  pewien swoich decyzji. Stawiam wszystko na jedną kartę, lub inaczej.:  Wóz albo przewóz.  Uznałem że jedyną drogą by się przygotować do egzaminu to poświęcić wszystko kosztem tego jednego celu  i podjąć największą próbę ciągłej, nieustannej nauki, spośród wszystkich, w moim dotychczasowym życiu.
Studiując na AGH, nie studiowałem na AGH, chodząc na zajęcia, jakbym na nie, nie chodził. Zawsze z mapą , zawsze z notatkami, i pod ławką książka, i przed zajęciami graniówka. Ostatni tydzień w ogólnie nie chodziłem na zajęcia.  Wiedziałem,  że to może być nieco ryzykowne. Zaległości na uczelni szybko wzrastały, a ja wciąż nie miałem najmniejszej pewności czy ta nauka do czegoś prowadzi. Czy ślęczenie dziesiątkami godzin nad mapami, przewodnikami i oczywiście studiowanie WHP przyniesie ten końcowy rezultat w postaci zdanego egzaminu.
Wiedziałem, że w przypadku porażki będzie ciężko „wrócić do normalności”. Zawalony egzamin, zaległości na uczelni.

Aspekt 2 :
Gdy zmęczony po całym dniu szykowałem się do snu, lub też niewyspany próbowałem wstać z łóżka oglądając swoją zmęczoną twarz w lustrze zastanawiałem się nad słusznością tego co robię.
Dla kogo jest „Przewodnik Tatrzański”, czy zdanie tego egzaminu polega na wkuciu tej wiedzy? I hop? I już? A może skoro muszę się tyle uczyć to znaczy że Tatr nie znam, i że nie powinienem być przewodnikiem? Że skoro bym Tatry i Podtatrze dobrze znał to właściwie powinienem „podejść z ulicy” i zdać egzamin? Różne wątpliwości były. Tak sobie jednak myślałem:   „Może i nie znam każdej tatrzańskiej perci, może i nie przeszedłem nawet każdego jeszcze znakowanego szlaku, może i nie wiem również kim był Piotr Borowy oraz kiedy Jakob Fabri Senior zdobył Łomnicę, wiem jednak że Tatry kocham.”
Tatr kochanie to :  – postrzępiona pnąca się hań  pośród obłoków grań skalna, bystra i przeźroczysta woda w potokach, Pluszcz Kordusek skaczący po kamieniach,  halny wiatr spadający w doliny, wschód słońca widziany z wysokiej grani, śnieg leżący na stokach i otulający lasy, twardy i szorstki granit, miękki ciepły kawałek skały wapiennej nagrzanej w słońcu, wodospad, chmura burzowa, śpiew ptaków, kwiaty. To wędrówki z przyjaciółmi, opowieści, historia przeżywana od nowa ,wspomnienia. To mali i wielcy tatrzańscy ludzie:  pogromcy  i zdobywcy Tatr, szerzyciele turystyki, bohaterowie walczący o wolność Polski ,przewodnicy, pasterze, wędrowcy, literaci, naukowcy – to szacunek dla tych ludzi, to pamięć o nich. Wreszcie kochanie Tatr to modlitwa, to bliskość Stwórcy. Bo gdzież jak nie tu, Bóg pokazał nam piękno swego stworzenia takiej pełni?  
Tatry kocham. Byłem tego pewien. Modliłem się do Ojca, mówiąc mu: Daj mi Panie zdać ten egzamin. Dodaj mi się wytrwać w tej nauce.

Czy można Tatry kochać i nie być przewodnikiem? Albo inaczej, czy każdy komu Tatry są bliskie powinien tym przewodnikiem być?
Tak. Można. Bo przecież bliskość Gór, może a nawet powinna być tą bliskością intymną, bez odznak i bez tytułu. I to jest dobre. To jest dobra droga.
Po co więc ja Nim chciałem być?

Dni mijały, dzień za dniem i kolejny. Wiedzy więcej. Uczyłem się i modliłem o Ducha Świętego.
Jednego dnia pojechaliśmy na Wielką Pętle wokół Tatr. 350km, wiele zabytków, długie rozmowy o górach, nauka w terenie. Tego też było trzeba. Hubert,Ewa,Monika – moi drodzy znajomi, i ja, staraliśmy się wspólnie przybliżyć sobie i utrwalić w ten właśnie sposób wiedzę o Górach
Wertując kolejne strony zacząłem zauważać  że nauka daje efekty. Czytając jeden akapit – drugi sobie w myślach dopowiadałem. Oglądając jedną spośród grani, znałem granie dla niej sąsiednie.
Później już weekendami chodziłem w Góry. Ćwiczyłem elementy wspinaczki do egzaminu potrzebne. Pamiętam gdy Hubert  pokazał mi pierwszy raz Jastrzębią Turnię. To tu się odbędzie egzamin – mówił. Ćwiczyliśmy zjazdy, podejścia, przepinki. Wszystko. Ile ja się nauczyłem? Ile on, a ile jeszcze Janek – mój kuzyn który nam towarzyszył kilkakroć. I Przemek którego również raz spotkałem wspólnie z panem ratownikiem z TOPRu. Te właśnie wyjścia „w skały” miały mi dać pewności na egzaminie praktycznym z technik linowych. Tak – to prawda bezpieczeństwo w górach klientów jest bardzo ważne. Techniki te będą przydatne gdy znajdziemy się w ekstremalnej sytuacji. Wspinam się od kilku lat w skałkach. Części z technik wcześniej nie znałem, teraz się będę wspinał, będąc bogatszym o nowe umiejętności.
               
Zostało kilka dni. Nauka- ten maraton, trwał już po kilkanaście godzin dziennie. Bardzo chciałem. Bardzo. Starałem się systematycznie wykluczać możliwe pytania na które nie znał bym odpowiedzi. Uwierz. Dużo robiłem aby się tego nauczyć. Już nadchodziła pora egzaminów. Sprawdzenia siebie samego.
                Pamiętam raz poszedłem na Halę na Stołach „poszukać nowych kwiatków” Nadciągnęła burza. Siedziałem i słuchałem, jak niebo z ziemią rozmawia. Pamiętam jak kilka dni przed egzaminem, na skałkach w lejowej prusikowałem wytrwale po linie, a w dole nad potokiem dwie Pliszki radośnie latały. Pamiętam i Ciebie i Ciebie i Was, którzy we mnie wierzyliście i trzymaliście za mnie kciuki. Pamiętam,  gdy Ojciec zapytywał mnie o egzaminy. Pamiętam piękne oczy mej Matki, patrzącej na mnie z wiarą że mi się uda, wierzącej w sukces – chyba silniej niż ja sam.

NADSZEDŁ czas egzaminów.
Rano na Mszę Świętą. Tak prosić Boga o łaskę tuż przed egzaminem. Tak po prostu. Ostatnie słowa od bliskich.
Podjechał Przemek, wspólnie pojechaliśmy do Zakopanego. Wzięliśmy Huberta. Pojechaliśmy do Kuźnic.Dochodził 9.30. Kilkanaście osób. Kilkunastu moich znajomych. Witamy się. Śmiejemy. Czasem ktoś rzuci jakieś „tatrzańskie pytanie”, ktoś odpowie. Czułem niepokój ale i radość. Wiedziałem że są pośród nas osoby które zdadzą, których wiedza jest ogromna. Wiedziałem że również niestety część z nas odpadnie. Trochę się bałem że „ta bajka” może się dziś dla mnie skończyć źle. Ale nie czas był wtedy na rozmyślanie.
Komisja weszła. Zasiadła. Rozdano testy. Siadam, przy oknie, druga ławka. Jestem gotowy. Pani Iza prosi by nie czytać pytań. Arkusz leży sobie na stole. Rzuca mi się  w oczy hasło „słynna PANORAMA TATRZAŃSKA”, i pytanie skąd wykonana. Odpowiadam sobie w głowie : Nie wiem!
Widzisz, nie jest dobrze ujrzeć na początku coś czego się nie wie. Lecz teraz to już nie ważne. Czas start. 45 minut. To po kolei .Od pierwszego pytania, panorama będzie na później.
Czasem tak mam że się skupię nad czymś maksymalnie. Tak było tym razem. Takich pytań jak to z „panoramą” było kilka, nie wiedziałem. Próbowałem jednak. Pisałem. Później sprawdziłem. Czas się skończył wyszedłem z sali. Test był trudny – tak był bardzo trudny. Stoimy przed budynkiem administracji TPNu , czekamy aż druga grupa skończy pisać. Chcąc  nie chcąc rozwiązujemy wspólnie ze znajomymi test, przypominając sobie z głowy pytania. Liczymy błędne odpowiedzi. Wiele osób wygląda na zasmucone, lub zmęczone. Chyba nie poszło najlepiej? A co ze mną? Nie wiem. Myślę trochę jak Andrzej Faktor, że może się jednak uda. Ale będzie „na granicy” Przemek typuje mnie jednak że zdam. Hubert chyba nie za bardzo wierzy w siebie. Pięknie słońce przygrzewa, opalając nas.
                Później były wyniki. Sala się wypełniła. Wiemy już ze test zdało tylko 8 osób z 24.Komisja odczytuje listę. Po chwili pada moje nazwisko. Zdałem – 46 punktów. Nie wiem co wtedy czułem. Nie pamiętam. Słuchałem kto jeszcze. Hubert – zdał. Andrzej Faktor – zdał. Przemek – niestety zabrakło mu kilku punktów, i jeszcze Szymon,Misiek,Rafał,Marcin Rząsa, Marcin Dziubas.
Przykro mi trochę że wielu moich znajomych nie zdało. W szczególności myślałem wtedy o Wojtku, Monice ,Ewie, Przemku, Magdzie, Ali, Michale, ale chyba smutno po każdym mi było. W końcu przeszliśmy razem te dwa lata i więcej.
                Egzamin ustny – wspólnie z Andrzejem Faktorem poszliśmy  na pierwszy rzut. Szefem komisji pan Józef Michale, przewodnik IVBV, ratowik TOPRu, obok niego pan Jan Roj i jeszcze dr. Janik
Zestaw 31 – pamiętam. Ten właśnie wylosowałem. Czy jak powiem że mi dobrze poszło to wystarczy?
Komisja była zadowolona. Ja także. Rozmawialiśmy o Endemitach, O walnej dolinie Białki, o Małych Pieninach, o Reliktach Polodowcowych. Poznawałem szczyty górskie z panoram w atlasie.
Wszyscy zdaliśmy egzamin ustny. Było nas 8śmiu
                Przychodzę do domu. Ale wtedy było radośnie. Starałem się pohamować tą radość w sobie. Wiedziałem że to dopiero początek, choć nie ukrywam że przed egzaminem najbardziej się obawiałem części ustnej.
Zanosiło się wieczorem na burzę. Ustaliliśmy między sobą że Misiek,Rafał,Andrzej i ja idziemy drugiego dnia „w skały” , reszta na wycieczkę. Rozwinąłem liny, związywałem węzły w pokoju, mocowałem uprzęże, opuszczałem hantelkę z haka pod sufitem, zabezpieczając ja jako pozoranta osoby poszkodowanej w skałach. Było już dawno po północy. Nadciągnęła potężna burza z deszczem.Czytałem konspekt z pierwszej pomocy.
Następnego dnia o 5.50 wyjechałem z domu. Wciąż mrzyło, było mokro i pochmurnie. Prosiłem Andrzeja  by przed samym egzaminem iść na Jastrzębią i przećwiczyć wszystko jeszcze raz. Jędruś swoim doświadczeniem i umiejętnościami przekazał mi ostatnie ważne wskazówki, ucząc mnie jeszcze kilku małych ale ważnych szczegółów. O 9.00 spotkaliśmy się pod ośrodkiem muzealnym TPN.
Dwie komisje. My na skałki. Oni na metodykę.
Rozpoczęło się wspinanie. Nie było łatwo. Chyba każdy z nas popełniał drobne błędy. Komisja była bardzo skrupulatna. Patrzyła na każdy techniczny aspekt wykonywania przez nas zadań linowych. Rozlało się, przyszła burza. Wykonywałem swoje zadania strugach deszczu. Nie było mi łatwo.
Począwszy od przejścia poręczówki popełniałem wciąż drobne błędy, z których komisja nie była zadowolona. Zjazd w kluczu oraz zakładanie punktów – wykonałem dobrze. Mówili mi jednak że jestem na granicy zaliczenia. Że się  wachają. Miałem jeszcze azymuty wyznaczać. Wyszły. Ten w terenie – bardzo precyzyjnie. Ten na mapie- hmmmm, pomyłka o 25 stopni.Ale przecież teren był nie równy i mi igła kompasu odjechała,prawda? Komisja dalej nie wiedziała co ze mną zrobić. Byłem w dziwnym nastroju. Deszcz lał nieprzerwanie.
Ostatni wykonywał zadania Misiek, przy ulewie ogromnej dosłownie. Służyłem mu za pozoranta. Komisja pod spodem. Ale czy zaliczyłem? Zjechaliśmy w dół ze ściany z Michałem. Poprosili nas – Michał, zaliczone. Ja – w końcu pan Józef powiedział że też mam zaliczone. Super! Teraz już nie czułem zimna i deszczu. Później jeszcze pierwsza pomoc u doktora Janika. Było dobrze. Nawet mnie pochwalił odrobinę.
A więc drugi dzień zdany? Na to wygląda. Niestety Andrzej odpadł. Znał wszystko to doskonale. Też jak i my popełniał drobne błędy. Okazało się jednak że o jeden za dużo.
To samo. W domu rodzice i rodzina bardzo zadowoleni. Okazuje się ze na metodyce odpadły też dwie osoby. Marcin Rząsa i Marcin Dziubas. Zostało nas 5.
Hmmm. Cieszyłem się bardzo że już tak daleko jestem, ale chciałem dojść do końca. Chamowałem radość, postanowiłem się uczyć długie godziny jeszcze. Bardzo mi zależało
Chyba koło 2 w nocy poszedłem spać. Rano znów wczesna pobudka, spakowałem jeszcze torbę podróżną i laptop. Po egzaminie miałem jechać do Krakowa, na praktyki z Geologii Inżynierskiej. Miałem tam jechać niezależnie od wyniku oczywiście. Myślałem jak to będzie jeżeli by się jednak nie udało. Tak – owszem duży sukces już był. Jednak to nie to co chciałem.
Przywitała nas komisja pod przewodnictwem pana Lasoty.Już dzień wcześniej mówili wszyscy że jest bardzo wymagający. Był jeszcze pan Rajmund Starzyk i pan z Krakowa.
Staliśmy pod TPNem. Rozpocząłem egzamin. Przywitałem grupę. Przedstawiłem się, zapowiedziałem trasę. Cz to nie było w czymś podobne do mojej pracy pilota wycieczek u STRAMY, tak tak …. ten wstęp już z skądś znałem. Dalej rozpoczął się egzamin właściwy. Szedłem z panem Lasotą, zadawał mi najróżniejsze pytania. Dużo o sztuce( z której nie jestem jednak asem), dużo z historii – te były moje ulubione, z topografii i ekosystemów, i z kwiatków( o i tu też paru nie znałem). Nie odróżniłem też Sosny Czarnej od Zwyczajnej ! Bardzo dużo odpowiedziałem. Naprawdę teraz zacząłem doceniać swoją wiedzę którą miałem. Jednak Ci artyści współcześni i ta sosna nie dawały mi spokoju. Egzamin u pana Rajmuda i u pana z Krakowa przebiegł bardzo dobrze. Wydaje mi się że odpowiedziałem na każde zagadnienie. Widzisz – w tym egzaminie wiedza była sprawdzana tak fest, w sposób ogólny. Trzeba było po prostu umieć – czułem teraz że nauka nie poszła na marne.
Na dole w Kuźnicach, gdy już zeszliśmy z Nosala, zapytałem czy mógłbym się nieco wcześniej zwolnić i jechać na praktyki. Komisja się zgodziła. Jeszcze werdykt.
Zdałem.
Zdałem – dźwięczało mi w uszach.
Uśmiech na twarzy. Taki pełny już. Podziękowałem. Pożegnałem się z chłopakami, oni jeszcze mieli trochę do dokończenia pytań.
Chyba wpierw podziękowałem Panu Bogu. Tak – bardzo się cieszyłem. Podskakiwałem sobie. Minąłem zajezdnie busów w Kuźnicach.
Dzwonię do Mamy. Mama jest chora na raka. Odbiera telefon – w głosie słyszę nadzieję. Mamo „jest blacha” – to potoczne określenie odznaki przewodnickiej, później jeszcze raz powtarzam że zdałem. Słyszę tą radość w Jej głosie.

Mamo, Tobie dedykuje przede wszystkim ten egzamin, tą „blachę” . Mamo – to przedewszystim dla Ciebie tak bardzo chciałem zdać ten egzamin. Tobie składam na ręce cały wysiłek, chciałem Ci właśnie w ten sposób sprawić radość. Dla Ciebie

Dzwonię do Taty,piszę wiadomości do bliskich.
To już po wszystkim teraz. Jestem Przewodnikiem Tatrzańskim
Dziękuje Wam wszystkim którzy we mnie wierzyliście, trzymaliście kciuki. I Wam wszystkim chciał bym również zadedykować ten mój sukces. Dzięki !!



I już na koniec.
Odpowiem na ostatnie pytanie które postawiłem w temacie.
Jakie korzyści płyną z bycia przewodnikiem, i po co mam nim teraz być ?
Jaka ma być moja misja?
Powiem o moich celach. O pragnieniach które wypływają z tego.
Chcę być Przewodnikiem który będzie uczył gór kochania,
Chcę być Przewodnikiem które będzie troszczył się o ludzi,
Chcę być Przewodnikiem który będzie potrafił dać więcej z siebie niż otrzyma
Chcę być Przewodnikiem który będzie potrafił iść,pomóc,opowiedzieć,pokazać – czasem jeżeli zajdzie taka potrzeba nie chcąc nic w zamian za to
Chcę być Przewodnikiem który pokaże Góry najpiękniej jak tylko potrafi.

2 komentarze:

Tapczan pisze...

:) Przepięknie (jest...) !

Cieszę się z Tobą! :D

ChiChi pisze...

gratuluje ;)
pamiętam Twój pokój z przewodnikami które oglądam i Ciebie na uczelni chodzącego z roślinkami ;];]
;*