wtorek, 23 marca 2010

Wildspitze 3768 m.n.p.m






Wyprawa Skitourowa na Wildspitze

Udało się po raz trzeci! Schodząc ze szczytu ogarnia ogromna radość. Mimo wiatru który cały czas wieje nam w twarz i zatyka nozdrza, śmiejemy się i podskakujemy. Po raz trzeci,po raz trzeci. Znów pogoda jak na zamówienie, po raz trzeci wyjazd weekendowy,po raz trzeci planowany „na termin” 2 miesiące wcześniej. Uśmiecham się do śniegu, chmur, dziękuje Temu dzięki któremu tu jestem. Żyje w łączności z tym śnieżnym światem

11.03.2010 Godzina 20.35 Z Kościeliska wyruszą wyprawa na Wildspitze. Przyjechali po mnie, bagaże spakowane. Tylne zawieszenie ugina się pod ciężarem szpeju, rakiet śnieżnych, czekanów i nart. Samochód AlfaRomeo 156. Kierowcy Michał Owca, Władek Bętkowski, pasażer-pilot Kuba Multński. Zimowe koła większe niż norma przewiduje zaniżają nam odczyty z prędkościomierza. No trudno. Mkniemy drogami, nie wiedząc jak szybko. Pierwsze zakręty. To mój pierwszy raz, w tak długiej trasie, w tak dużym samochodzie. Mój malutki Fiat 600,został w garażu. Do przejechania 1200km.

A wcześniej, tego samego dnia popołudniu pożyczam rakiety śnieżne dla teamu od Kasi Stramy oraz proporzec Szkoły Narciarskiej Strama – Oni będą naszym oficjalnym partnerem wyprawy, 40 minut później biorę sprzęt lawinowy od Tomka Osuchowskiego. Piepsy i łopaty- są niezbędne podczas takiej wyprawy. Na koniec kupuję trochę snickersów,marsów,i moje ulubione galaretki z Biedronki. Tuńczyk w kawałkach Tonga- też ze mną jedzie.

Około godziny 18 z Krakwa wyruszyła druga część zespołu. Mariusz Kluska (Kluska), Mateusz Kawa(Coffe), Bartek Rabiega(Bubu), i członkini KW Kraków i nasza jedyna pani w drużynie - Olga Zapasek

Droga : przejazd przez Słowację – mały ruch,autostrady, trochę sypie śniegiem, później pierwsze spotkanie na parkingu w Kitsee- granica a Austrią. Ach! Cieszymy się na swój widok. Zaczyna się wyprawa! I tu od razu niespodzianka :2 identyczne samochody. Jedziemy 2x AlfaRomeo 156. Oba srebrne. Co za zbieg okoliczności. Chciało by się powiedzieć za znanym komentatorem radiowym: „Proszę państwa, szkoda że państwo tego nie widzą”

12.03.2010 Godzina 01.10 Przekroczyliśmy granicę. Prowadzę notatki w moim pamiętniku. Zostaje to dostrzeżone przez wóz numer 2. Jeden z teamu wyraża przychylność słowami: "On notuje,fajnie". Po słowach Michała "No to stary dawaj" ruszam w dalszą drogę, kończąc tym samym pisać, oczywiście

Około 20km przed Salzburgiem zmiana kierowców. Teraz prowadzi Michał. Dopiero co AlFa2 odnalazła się na autostradzie. Zgubili się na autostradzie, zjeżdżając na stację benzynową. Musieliśmy ich szukać przez 40 minut. Pilot naszego „brata bliźniaka” najwyraźniej spał całą drogę !! Pogoda: Przejazd przez Austrię prowadzony był w niesprzyjających warunkach. Około 40km za Wiedniem zaczął sypać intensywny śnieg który nie opuszczał nas aż do granicy niemieckiej. Autostrada- zaśnieżona, co chwilę jeżdżą „solniczki” i oczyszczają nam szosę, tak aby „bliźniaki” mogły bezpiecznie przejechać.

Dochodziła 06.00 Michał minął Salzburg, minął też Rosenheim, jedzie w stronę Monachium. Tymczasem ja śpię sobie smacznie .Budzę się na granicy miasta Monachium. Zawracamy. Nie mieliśmy w planie odwiedzić „cioci Kluska w Monachium” Wracamy parę kilometrów do Rosenheim, teraz skręt na Insbruck. Warunki drogowe się poprawiają .Chmury wciąż wiszą nisko, nie pada już z nich srebrny pył. Co pewien czas widać pierwsze Alpejskie szczyty. To lubię!

Godzina 8.30 Jesteśmy w Mittelbergu. Wysokość 1750m.n.p.m. Piękna pogoda, słońce wciąż nisko nad horyzontem. Pakujemy się, przepakowujemy, zostawiamy część bagaży w samochodach ,zbroimy nasze ciała w strój zimowy. Wyglądamy..., no jak średniowieczni rycerze. Pogoda zachęca do wędrówki, do podjęcia zmagań ze szczytem, do wyruszenia w nieznane, aby iść „i zobaczyć co jest z drugiej strony Góry” .Wtedy to pośrodku ogólnej wrzawy i zgiełku, powstały ostatnie notatki w moim dzienniczku. Zacytuję : "Kawa stoi nad głową i stygnie, coś mnie kopie w buta. Koniec" Rzeczywiście był to koniec notatek. Notatnik na czas wyprawy został w samochodzie. My wyruszyliśmy w drogę. Jak ja Cię mogłem zostawić – mój drogi kompanie Alpejskich szlaków! Zapomniałem.

Około 9.00.Wyruszamy z parkingu w Mittelbergu. Obok nas dolna stacja kolejki- „kreta” Pitztaler – wywożąca narciarzy na wysokość 2841 na lodowce Pitztal, a później nawet na wysokość 3438 na wierzchołek HintererBrunnenkogel. Pitztal jest bardzo znanym ośrodkiem narciarskim. Zapewne „Szkoła Narciarska” chętnie by tu została, jednak że jest to flaga – idzie razem z nami – w plecaku. Obejdziemy się smakiem tych szusów,w oddali majaczy nam już cel naszej drogi – Wildspitze

Pierwsze kilkaset metrów, pokonujemy trasami narciarskimi. Towarzyszy nam wrzawa narciarzy. Robi się coraz goręcej. Przy rozejściu ścieżki do doliny Taschach zatrzymujemy się i rozbieramy. Każdy we własnym zakresie coś z siebie zdejmuje. Alpejskiej „trzy warstwy”, to za dużo jak na takie ciepełko. Zakładamy rakiety śnieżne. W końcu nasze pierwsze kroki doliną. Idę na samym końcu. Nie wiem co się dzieje z przodu ekspedycji. Posuwamy się naprzód. Po około 1,5 godzinie podejścia zatrzymujemy się przy kosarze zwierzęcym. Jest to rodzaj infrastruktury świadczący o intensywnym użyciu tych terenów w lecie pod wypas Krowy-Milki. Wszyscy zgadzamy się że to czas najwyższy na przerwę.Podziwiamy widoki. Jeśli trzeba obcieramy pot z nosa lub z czoła. Narzuci(łem)liśmy duże tępo na początek. Rozgrzewka musi być.

Dużo śniegu. Nieskazitelna biel Alp. Robimy mnóstwo zdjęć. Wyciągamy proporce: Polski ,AGH, Szkoły Narciarskiej Strama, „Dla Oli i Jacka”, „AGH nr2”. Godzina 11.00 przerwa została skończona. Idziemy dalej. Prowadzę grupę. Każdy idzie własnym tempem. Widoki stają się coraz bardziej imponujące, z każdym krokiem, z każdym zakrętem ścieżki odsłaniają się nowe wierzchołki, nowe przełęcze. Mijam dolną stację kolejki transportowej dla schroniska Taschachutte .Przed nami dolina zaczyna się stromo wznosić do góry, morena lodowcowa, jakby toruję nam dalszą drogę. Widzę wąską ścieżkę -ślad narciarzy skiturowych. W mojej opinii ścieżka nie nadaje się do przejścia dla naszych rakietach śnieżnych, jest zbyt stroma i niebezpieczna aby dojść nią do schroniska. Niestety reszta drużyny została kilkaset metrów za mną. Michał – skitourowciec, który mógłby coś więcej nam powiedzieć o tej trasie i pomóc wybrać właściwy wariant, także idzie z tyłu. Decyduje się na założenie własnego śladu, wybieram swoją własną ścieżkę

Gdy pozostała część teamu dochodzi do mojego „rozejścia”, wcale nie decyduje się iść za mną. Idą dalej ścieżką skitourowca. Zostaję sam na grani, zdając się teraz tylko na siebie

Jak się okazuję później ścieżka skitourowca, wcale nie łatwym, ale w miarę bezpiecznym ,stromym trawersem wyprowadza do schroniska. Wybrali najlepszą drogę.

Grań na której zostałem, wraz ze ścianą stanowiącą podejścia pod nią zostaje nazwana żartobliwie "Grnią Benka" albo bardziej po niemiecku Benekgratt. Sprawiła mi dużo kłopotów, może nie tyle natury technicznej, co fakt że nie była wcześniej torowana przez nikogo. Cały czas idę w głębokim, kopnym śniegu. Miejscami było stromo. Niezbędne były raki. Pode mną nieznaczna ekspozycja. Jestem bardzo zmęczony torowaniem. „To nie był dobry wybór, to nie był dobry wybór, ale trzeba iść dalej, trzeba iść do schroniska.” – powtarzam te słowa jak mantrę.

Dochodzę do ścieżki położonej z drugiej strony grani. Ścieżką w końcu docieram do schroniska. Jest godzina 15.30 Jestem bardzo zmęczony. Naprawdę. Siadam przed schroniskiem, mozolnie odpinam raki, chowam je do futerka. Wychodzą znajomi, wspólnie wchodzimy do schronu. Ponad godzina poślizgu – a przecież byłem przed nimi. Góry muszą mnie jeszcze sporo nauczyć!

Schronisko – w bardzo dobrym stanie. Schronisko zimowe - bez obsługi oczywiście. Posiada 27 miejsc, piec kaflowy, kuchnie wyposażoną w kilka dużych garnków do gotowania śniegu, kilka gazet „rozgrzewających umysł i ciało”, książkę kucharską i cukier. Trochę mniejszych naczyń, sztućców, przyprawy, herbata- to też tam się znajduję. Jest prąd elektryczny. Nie ma bieżącej wody, nie ma ogrzewania. Jest lepiej niż się spodziewaliśmy. Zajmujemy w 7 osób pokój "dziewiątkę". Znaki świadczą że w schronie ktoś poza nami nocuje.

Piec kaflowy jest już rozpalony, śnieg się topi, siedzimy grzejąc zmarznięte stopy ponad rozgrzaną płytą. A później była „górska” obiado-kolacja. PluSZnapój, liofilizaty, "kociołki", zupki chińskie, papryczka, ogóreczki, kukurydza. Ola jest zdecydowanie najsmaczniej wyposażona! Papryczki od Oli- przepyszne. Kobiety widzą co trzeba wziąć w Góry. Około godziny 19.00 wszyscy juz śpią. Kuchnie zostawiamy pod opieką zespołu alpinistów z Czech. W schronisku zapanowała, za sprawą piecyka dodatnia temperatura.

13.03.2010 Po niespokojnej nocy, przerywanej hałasami z kuchni (duża ekipa skitourowców austriackich, oraz telefon od kolegi Kluska – informujący go o tym "że dziś ma egzamin") wstajemy wypoczęci i gotowy do akcji górskiej ! Jest godzina 03.45. Jak widać „nauka i egzaminy”, nawet w wysokich górach nie dają nam spokoju

Pierwszy wstaje Bubu – z Poznańska prezcyzją, zaraz po nim ja. Po chwili wszyscy stoimy na równych nogach. Jest zimno. Zdecydowanie poniżej zera. Tylko nasze młode serca, pełne są gorąca i zapału! Udajemy się do kuchni. Ktoś rozpala ogień, inni szykują śnieg i naczynia. Parzona jest herbata, analizujemy pogodę, rozmawiamy o sprzęcie, ubiorze. Śniadanie zjedzone. Godzina 05.37 Wyruszamy na Wildspizte. Przy świetle lampek-czołówek przecinamy trawers pod schroniskowy. Wszyscy jesteśmy w rakach. Michał – skitourowiec prowadzi wyprawę idąc na nartach.

Schronisko znajduję się na wysokości 2450 +/- . Do szczytu mamy więc ponad 1350 metrów deniwelacji. Zbaczamy w kierunku lodowca Taschachferner, obchodząc błękitny lodospad. Zaczyna świtać. Michał idzie zakosami, podchodząc na „fokach”. Nasza część zespołu toruje trasę w twardym śniegu, systematycznie zmieniając się na prowadzeniu. Właśnie przeszliśmy stromą ścianę, stanowiącą jedną z części moreny końcowej lodowca. „To było jak Świnicka Przełęcz”- myślę. Teraz już po wydeptanym śladzie, idziemy trawersem na wschód w kierunku w stronę właściwego lodowca i gigantycznej bramy seraków, która ten lodowiec kończy. Spotkaliśmy Michała, znowu idziemy wszyscy razem. Dolną, zawiłą część lodowca pokonujemy w cieniu i chłodzie. Słońce ukryte jest za wysokimi górami. Odpoczywamy co pewien czas, zajadając co nieco chlebka i popijając pluszami, tigerami lub też herbatą( Ola ) Każdy idzie nadal swoim tempem, przez co nasz zespół przypomina nieco wijący się kawałek węża. A przecież to tylko 7 osób.

Na wysokości około 3300 zakładamy bazę wysuniętą ( wyprawa w stylu himalajskim) W bazie wysuniętej pozostaje jedna z sąd lawinowych z doczepioną doń flagą "TP sponsor główny - Polska" , w bazie pozostaje 60metrowa lina, stanowiąca „zbyt duże obciążenie” na podejściu. Wyprawa zostaje już tylko z jedną liną 50 metrową. Każdy ma szpej. W razie czego możemy stworzyć na linie „7 bez sternika”, w pewnych sytuacjach zwaną „latającą po zboczu siódemką bez sternika” . Przy bazie wysuniętej,w słońcu robimy dłuższy odpoczynek. Ponad nami wznoszą się kolumny seraków o wysokościach dochodzących do 50-70m . Pomimo słońca, wciąż jest zimno, daje się we znaki zimy wiatr wiejący od zachodu. Patrząc na szczyty widzimy pióropusze śniegu, przenoszone przez wiatr. Zachodni-niższy wierzchołek Wildspitze „bardzo dymi”.

Na wysokości około 3450, na płaskim platou, u podnóża przełęczy Mitterkarjoch 3470 m.n.p.m, oraz szczytów HintererBrochkogel oraz Wildspitze, odpoczywamy. Zespół jest znacznie rozciągnięty. Gdy się spotkaliśmy, wszyscy robimy olbrzymią ilość zdjęć, w tym zdjęć reklamowych do gazet codziennych ,zdjęć sponsorskich, okolicznościowych, grupowych. Cała gama fotek! Wieje silny wiatr. Jest bardzo zimno. Naprawdę. Pod nogami mamy twardy przewiany śnieg. W powietrzu unoszą się tumany śniegu, przerzucane przez poszarpane granie. 300 metrów ponad naszymi głowami wznoszą się wierzchołki Wildspitze, opadające do charakterystycznego kotła.

Dochodzi godzina 11.00 Ola Zapasek oraz Ja podchodzimy stromym terenem, będącym rodzajem progu opadającego spod kotła Wildspitze. Staram się utrzymywać równe tempo podejścia, mimo wszystko jednak muszę co pewien czas przystawać i odpoczywać. Szybko się męczę. Rakiety śnieżne ujeżdżają na stromym śniegu. Miejscami wystaje niebieski lód lodowca. Po nim nie da się podchodzić. Nieopodal nas, po obu stronach widać olbrzymie seraki, poprzedzielane szczelinami lodowcowymi głębokimi na kilkanaście metrów. Wiatr się wzmaga, zatyka nos i usta, śnieg przezeń niesiony wciska się w każdą szczelinę w naszym odzieniu. Czuje się, jakby podczas burzy piaskowej. W pewnym odstępie za nami idzie Michał, dalej chłopaki dzielnie kroczą. Od strony przełęczy Mitterkarjoch podąża trzech skitouriwców. Przed nami nie ma nikogo na trasie Wysokość 3650 m.n.p.m. Ostatnie metry podejścia do przełączki w grani południowego wierzchołka Wildspitze są bardzo ciężkie. Na daremno wraz z Olą szukamy miejsca osłoniętego od wiatru. Nie znajdujemy. Jest bardzo zimno. Zasiadamy u podnóża niewielkich skałek, już na samej grani. Odsłaniają się przepiękne widoki na stronę południową, setki alpejskich szczytów leży u naszych stóp, widoczność bardzo dobra. W końcu wiem „co jest z drugiej strony”. Jest pięknie. Wiatr, wieje srogo. Podkreślam to już w tej relacji chyba po raz dziesiąty. Szczyt wznosi się tuż tuż ponad naszymi głowami. Może 100, może nawet mniej metrów różnicy wzniesień.Metry te mają jednak być najtrudniejsze. Widać eksponowaną stroma grań, z odcinkami tylko skalnymi pod samym szczytem. Widać że jeszcze tędy nikt nie podchodził tego dnia. Widać że po stronie wschodniej są duże nawisy śnieżne. Zapada decyzja o pozostawieniu plecaków. Zakładamy raki. Są to czynności trudne w tych warunkach, każdy ruch palacami, każde precyzyjne zgięcie pasków jest trudne. Po kilku minutach od przybycia przeze mnie, Olę i Michała, na przełęcz dociera reszta ekipy. Zapada decyzja o ostatecznym podejściu. Nie czekamy na resztę. Jesteśmy wyjątkowo przemarznięci. Myślę tylko o tym aby wejść na szczyt i jak najszybciej z niego zejść. To są rzeczywiście ciężkie chwilę. Przeżywam kryzys

W pierwszej chwili nie czuję palców. Chwytam czekan zamarzniętą dłonią. Staram się ruszać palcami aby je rozgrzać. Bezskutecznie. Wraz ze mną w kierunku szczytu wyrusza Ola i Michał. Jesteśmy zdeterminowani go zdobyć. Zimny wiatr nie ustępuje. Omijamy ostrożnie gigantyczny nawis, po czym wstępujemy na grań. Jest nie przetarta, przebijam się w nawianym na skałach śniegu. Tuż za mną idzie dwóch skitourowców, z innej wyprawy. Kawałek dalej idzie Michał, który dodatkowo boryka się ze swoimi rakami, które nieco "źle trzymają". Grań wznosi się stromo do góry, odczuwalna jest spora ekspozycja, w ostatnich fragmentach grani odsłaniają się, nie zawiane śniegiem skały. Sama końcówka to teren w którym trzeba się wspinać. To taka I+, może II, uroku dodaje widok na, stromizny pod nami. Przed nami już tylko 20 metrów skalistej grani.

O godzinie 11.44 stajemy na szczycie. Wraz z Michałem oraz alpinistami z niemiec gratulujemy sobie zdobycia szczytu. Wznosi się tu Krzyż. Dziękuję Bogu za tę chwilę, myślę o moich najbliższych. Jest wspaniale. Niezwykle rozległe widoki. Świetna widoczność. Ta chwila stanowi ukoronowanie wyjazdu

Nie możemy pozostać na wierzchołku zbyt długo. Po kilkunastu sekundach rozpoczynamy zejście. Aura wygrywa definitywnie. Schodząc, tuż pod wierzchołkiem mijamy Olę która kończy podejście na szczyt. Było zbyt zimno aby długo rozmawiać. Gratulujemy sobie,poklepujemy po ramieniu ,po czym idziemy w swoje strony. Na skalistym trawersie spotykamy grupę 3 skitourowców, tuż za nimi podążają nasi chłopcy ! Szybko uporali się ze zmianą rakiet na raki, błyskawicznie im zeszło podejście. Wyglądają na podekscytowanych i już wcale nie zmęczonych, chociaż z drugiej strony nic nie widać z ich twarzy, gdyż są szczelnie okryte kominiarkami, kapturami i kto wie czym jeszcze. Około godziny 12.15 jesteśmy znów na przełączce pod szczytem, zmieniając sprzęt. Wiatr słabnie. Robi się coraz przyjemniej. Myślał by ktoś, ale zastanawiam się, czy tu przypadkiem nie zostać dłużej!? A jeszcze przed chwilą, marzyłem tylko o ucieczce z tych stron. Rozsądek mi mówi że czas już schodzić. Oglądam ostatnie widoki na "drugą stronę" , robię kilka zdjęć i wyruszam w dół. Ola wyprzedza mnie o kilkanaście metrów.

Michał, który jako pierwszy rozpoczął zejście z wierzchołka, błyskawicznie znalazł się na przełączce. Tam czekały na niego jego narty narty. Zjazd jest tym co dla skitourowca najważniejsze. Ukoronowaniem długiego mozolnego podejścia, teraz czeka go kilkanaście minut śnieżnej ekstazy! Ależ ja mu zazdrościłem . Zapiął narty, kiwnął do kamery, i pojechał. Będzie czekał na nas w schronisku. Wyprawa skitourowa rozpoczyna zjazd! Michał jest naprawdę świetnym narciarzem, ma za sobą wiele trudnych zjazdów. Jesteśmy o niego spokojni

Spotkaliśmy się wszyscy ponownie dopiero w "bazie wysuniętej" koło flagi „TP- Sponsor Główny”. Ależ jest przyjemnie !! Ciepło, coraz cieplej, słońce praży, i tylko seraki wiszą ponad głowami. Dobrze że to zima! W zimie ponoć nie spadają nigdy. Tutaj robimy przerwę na posiłek. Każdy z nas ma coś do powiedzenia, opowiadamy o "zjazdach" na rakietach śnieżnych, o śniegu który się ugina pod butami i szczelinach które właśnie pod nim tkwią. Zjadam tradycyjnie puszkę tuńczyka tonga ! To jest dopiero posiłek!!

Zwinęliśmy bazę wysuniętą, liny na nowo obciążą plecaki. I można by powiezieć: "A jednak się nie przydały", cieszę się że swoja linę cały czas miałem w plecaki. Motto „sprzęt nic nie waży” prosto z Grossglocknera, jest wciąż aktualne. Żegnamy górne partie lodowca, pomału podążamy w kierunku schroniska . Gdy dochodzimy do schroniska Taschehutte, pogoda się wyraźnie psuję, chmury muskają wierzchołki, pada lekki śnieg. Wraz z Bubu, z którym idę w duecie, mijamy niebieski lodospad. Jest to lodospad z najprawdziwszego starego lodu lodowcowego. Nie wiedziałem że lód lodowcowy jest aż tak niebieski! Ileż ten lód musiał mieć lat ? 1000 może więcej? Jak to się mówiło? Że z 10 metrów świeżego śniegu tworzy się 1mm lodu lodowcowego? Tak to jakoś chyba było? Pięknie!

W schronisku jesteśmy o 15.05. Michał czekał na nas. Wypatrywał nas na horyzoncie. Woda już zagotowana. Kuchnia ciepła. Dodatkowo w schronisku jest 6 Austriaków. Po kilkunastu minutach w schronisku jesteśmy już całą ekipą. Siedzimy w kuchni, spożywamy. Wśród żartów i śmiechu, wymieniamy się wrażeniami z całego dnia. A było ich naprawdę dużo ! Z pełnymi brzuchami, i radosnym sercem pakujemy nasze plecaki na drogę powrotną. Śpiwory, maty, resztki jedzenia, śmieci; - to wszystko bierzemy ze sobą. Wracamy przez dolinę Taschen – czyli kieszeń, już utartą spokojną ścieżka. Podczas zejścia zastaje nas noc. Dolina jest pusta, cicha, spokojna, wieje lekki zefirek, ten sam który jeszcze nie dawno zrzucał nas z grani. Myśli, wspomnienia, długie rozmowy z Górami, teraz jest na to czas. Zejście się dłuży, ale przecież mamy na to czas. O godzinie 20.15 jesteśmy na parkingu w Mittelbergu. Wraz z Kubą i Olą dochodzimy na końcu. Chłopaki są już gotowi, zapakowani, przebrani. Klusek rozgrzewa Alfę!

Pomału zrzucamy plecaki, zmieniamy buty, zwijamy kijki. Wyprawy koniec nastał. Wyprawa się zakończyła.

Wracamy autostradami. Była przerwa w McDonaldzie – można by rzec, że to już też obyczaj. Mieliśmy dostać mandat za jazdę „pod prąd”. Zwiedziliśmy centrum Wiednia nocą – pomyliłem trasę, tak ciut ciut. Na Słowacji koło Żyliny zaczyna znów padać intensywny śnieg. W samej już Żylinie, na stacji, rozliczmy wyjazd, żegnamy się czule. Właśnie zaczyna świtać, śnieg pada na nasze niewyspane, brudne twarze. Alfa II wyruszą „na Cieszyn” , my ruszamy w stronę Zakopanego, w stronę Tatr. Michał przejmuje ode mnie kluczyki do swojej Alfy. Co było dalej? Śpię, budzę się w Kościelisku, przed domem. Ojciec odśnieża podjazd, matka krząta się w kuchni. Tak zwyczajnie, tak zimowo, tak niezwyczajnie, z takimi przeżyciami !! Góry – Kocham to !

Kuba i Michał udali się w dalszą drogę. Klusek,Cofce,Bubu i Ola dojechali do Krakowa. Wyjazd zakończony. Był to nasz pierwszy zimowy wierzchołek w Alpach. Ogromna ilość emocji, ogromna ilość przeżyć. Dla takich chwil warto żyć. Na takie chwile warto czekać, o nich warto śnić ! Koniec .

Brak komentarzy: